(...) Miałem czternaście lat i byłem zdeklarowanym hindusem, kiedy podczas wakacji spotkałem Chrystusa. (...)

(...) Zebrałem się na odwagę i wszedłem do kościoła. (...) Ale w kościele nikogo nie było. Niewiele też rozumiałem z tego, co zobaczyłem. Wszedłem głębiej, żeby przyjrzeć się ołtarzowi. Było tam malowidło. Czyżby murti? Przedstawiało składanie ofiary. Gniewnemu Bogu, którego można przebłagać tylko ofiarą krwi. Jakieś oszołomione kobiety wznosiły oczy ku niebu, dookoła fruwały tłuściutkie dzieci ze skrzydełkami. W powietrzu unosił się jakiś charyzmatyczny ptak. Która z tych istot była bogiem? Z boku stała drewniania, pomalowana rzeźba. Znów ofiara, okaleczony, krwawiący mężczyzna, z ranami w jaskrawych kolorach. Przyjrzałem się jego kolanom; były całe zdarte. Różowa, podobna do płatków kwiatu skóra odchodziła od kości, odsłaniając krwistoczerwone rzepki. Trudno było połączyć tę scenę męki z widzianym przed chwilą księdzem.(...)

To, że bóg musi znosić różne przeciwności losu, mogłem jeszcze zrozumieć. Bogowie hinduscy mieli przeciw sobie cały legion złodziei, zabijaków, porywaczy i uzurpatorów. Czymże jest Ramajana, jeśli nie relacją z jednego długiego i fatalnego dnia z życia Ramy? Przeciwności losu, owszem. Zmienne koleje losu, zgoda. Zdrada ze strony najbliższych, owszem, ale poniżenie? Śmierć? nie mogłem sobie wyobrazić Kriszny zgadzającego się na to, by go odarli z szat, oćwiczyli, żeby z niego szydzili, wlekli go ulicami, i wreszcie na końcu, jakby tego wszystkiego było mało, ukrzyżowali. I to w dodatku zwykli ludzie. Nigdy nie słyszałem, żeby jakiś hinduski bóg umarł. Brahma Objawiony był nieśmiertelny. Demony i monstra, zgoda, podobnie jak zwykli śmiertelnicy, umierały tysiącami i milionami - po to właśnie były, żeby umierać. Materia też ulegała unicestwieniu. Ale boskość nie mogła być zniszczona przez śmierć. Nigdy. Dusza świata nie może umrzeć, nawet w swej najmniejszej cząstce. Było błędem tego chrześcijańskiego Boga, że pozwolił umrzeć swojemu awatarowi. To tak, jakby pozwoliło się obumrzeć części samego siebie. Bo jeśli już Syn Boży ma umrzeć, to nie może być w tym lipy. Gdyby Bóg na Krzyżu tylko udawał, odgrywał ludzką tragedię, Męka Chrystusa przeobraziłaby się w farsę. Śmierć Syna musiała być prawdziwa. Martwy Bóg pozostaje jednak martwy, nawet jeśli zmartwychwstanie. Ów Syn musi mieć już zawsze posmak śmierci w ustach. Święta Trójca musi zostać splugawiona; po prawicy Boga Ojca musi pozostać odór tej śmierci. Groza musi być prawdziwa. Dlaczego Bóg miałby chcieć czegoś takiego dla siebie? Po co kalać to, co piękne, psuć to, co doskonałe?

Z miłości. Tak brzmiała odpowiedź księdza Martina. (...)