(...) Wystarczyło mi jedno spojrzenie, by odkryć, że ocean to gigantyczne miasto. Tuż pode mną i dookoła mnie pojawiły się nieoczekiwanie autostrady, bulwary, ulice, i ronda kipiące od podwodnego ruchu. W wodzie, gęstej, szklistej i upstrzonej miriadami świecącego planktonu, śmigały w szaleńczym pędzie ryby, niczym ciężarówki, autobusy, samochody, rowery i piesi; z pewnością wszystko to trąbiło klaksonami i wymyślało sobie wzajemnie. Dominującym kolorem była zieleń. W toni, jak daleko mogłem sięgnąć wzrokiem, widac było efemeryczne wstęgi fosforyzujących zielonych banieczek, podwodny ślad uwijających się ryb. Gdy tylko jeden znikał, pojawiał się inny. Przecinały wodę we wszystkich kierunkach. Przypominało to wykonane z przedłużonym czasem ekspozycji nocne zdjęcia miast, na których widać długie czerwone węże tylnych świateł samochodów. Z tą różnicą, że tu samochody przemykały nad i pod sobą, jakby po wielopoziomowych skrzyżowaniach. I wszystkie te samochody miały najbardziej ekstrawaganckie kolory, jakie można sobie było wyobrazić. Koryfeny - chyba z pięćdziesiąt tych ryb patrolowało obszar pod tratwą - mieniły się złotem, błękitem i czerwienią. Inne ryby, których nie potrafiłem zidentyfikować, były żółte, brązowe, srebrzyste, niebieskie, czerwone, różowe, zielone, białe, w przeróżnych kombinacjach tych barw, jednolite, pasiaste i nakrapiane. Tylko rekiny pozostawały konsekwentnie monochromatyczne. Niezależnie jednak od tego, jakiego rozmiaru czy koloru były poszczególne "pojazdy", jeden element pozostawał niezmienny; obłędny ruch. (...)

gigantyczne, podwodne miasto