Safona

Do dziewczyny
Szczęśliwy mi się zdaje jak bogowie
Ten, co siedzi naprzeciw ciebie teraz
I tak bardzo blisko twojego słucha
Boskiego głosu
I słodkiego śmiechu. Serce w mej piersi
Jak szalone szamocze się. Wystarczy,
Że cię zobaczyłam, jednego słowa
Już nie wykrztuszę.
Język w ustach drętwieje, prędki płomień
Biegnie wszędzie pod moją skórą, więcej
Już nic nie mogą dojrzeć oczy, krew mi
W uszach łomocze,
Pot się leje strugą, cała się trzęsę
Bledsza jestem niż trawa i niewiele
Brakuje, abym skonała, tak właśnie
Teraz wyglądam.
U krosien
Matko słodka, jakoś
Nie mogę tkać na krosnach,
Tęsknotą za smukłym chłopcem
Pokonana przez Afrodytę.
Hymn do Afrodyty
O Afrodyto, nieśmiertelna pani,
Zwodnicza córko Zeusa, co na tronie
Siedzisz kunsztownym, nie gnęb mego serca
Troskami, błagam,
Ale przyjdź tutaj, tak jak kiedyś z dala
Życzliwą byłaś mojemu wołaniu,
Kiedy dom ojca opuścić zechciałaś
Cały ze złota
Zaprzągłszy ptaki do rydwanu: piękne
I żwawe wróble ponad ziemią czarną
Mocno skrzydłami bijąc ciebie wiodły
Środkiem eteru.
Przybyły szybko; wtedy ty, o pani,
Z uśmiechem na swej nieśmiertelnej twarzy
Spytałaś, co znów mnie trapi i po cóż
Znowu cię wołam,
I czego pragnę w sercu mym szalonym
Najbardziej: „Kogo mam znowu nakłonić
I twej miłości przywrócić, kto ciebie
Krzywdzi, Safono?
Jeśli dziś stroni, wnet cię będzie szukać,
Nie chce twych darów? Wnet sama je złoży!
Nie kocha teraz? Niebawem pokocha,
Nawet wbrew chęci”.
Przybądź i teraz do mnie, od bolesnych
Trosk mnie uwolnij, czego tylko pragnie
Serce me, spełnij, i sama stań w walce
U mego boku.