Władysław Broniewski
Kilka wierszy z cylku Anka, poświęconego tragicznie zmarłej córce poety.
Firanka
Otworzyłem okno, a firanka pofrunęła ku mnie,
jak Anka
w trumnie.
Biała firanka, błękitne zasłony,
zaszeleściło...
O! pokaż mi się od tamtej strony! Jesteś? Jak miło!...
Jak miło... jak miło... jak strasznie, moja miła...
Ja już chyba nie zasnę... Firanka?... Czy tyś tu była?
W zachwycie i grozie
Moja córka, moja córka umarła!...
Jak sercu powiedzieć: nie płacz,
kiedy rozpacz serce przeżarła,
a to serce wyrwać i zdeptać?
Moja córka... Ach! żadnej kochance
nie mówiłem tak siebie do dna
jak Ance...
A była mi ona podobna
do świata, który się stawał
w zachwycie i grozie,
a jam serce gorące podawał
na mrozie.
Obietnica
Córeczko moja daleka,
pusto, pusto koło mnie,
serce krwawi i czeka,
ono nie umie zapomnieć.
Umarłaś, lecz niezupełnie:
nadal razem się trudzim.
Com ci obiecał — spełnię:
wiersz mój odniosę ludziom,
by dawał pokój i światło,
miłość, nadzieję, radość,
choć niełatwo, córeczko, niełatwo
nieść wiersz i pod nim upadać…
Ta noc straszliwym ptaszydłem
siadła na mnie i kracze.
Oberwę, oberwę jej skrzydła,
wyrwę się, wyrwę rozpaczy.
Moje serce
Moje serce — serce fizyczne —
jest przedmiotem lekarskich dociekań,
i na ogół banalnie życzą mi,
żebym stu lat doczekał.
Moje serce – serce bolesne –
przedmiotem jest niepokoju,
o jedną osobę jest mi
za mało w pustym pokoju.
Kochanki życia – gdzież są?
Czy mnie ktoś wzywa?
Może ta łza pod rzęsą
to moja córka nieżywa?
Od zachwytów aż do otępień
huśta serdeczna huśtawa,
i mówią mi ludzie tępi:
sława.
Niech sobie śpiewa słowik
dla innych wieczory i ranki,
ja bym skonał za zmrużenie powiek
Anki.
Na uboczu
Mamo, ja nie wierzę w żadne gusła:
czarny kot, trzynastka, wyjazd w poniedziałek,
a czasem w oczy zajrzy taka pustka,
o której nie wiedziałem..
Mama miała wstręt do myszy,
Anka nie znosiła pająków,
a ja czasem nie znoszę ciszy
i za dnia białego się błąkam.
Czasem jest mi jeszcze trochę gorzej,
niż może być od chwil najgorszych,
a wtedy myślę: może
połknę i tę gorycz.
Na grób córki rzadko chodzę
(mógłbym taksówką),
ale tam myszy są po drodze,
poniedziałki, trzynastek mnóstwo.
Nie wierzę ja w żadne przesądy,
materialista dziejowy,
a jak sobie na uboczu siądę:
słowo, płaczące słowo.
Jasność
Obudziłem dobrego pisarza,
byłem trochę zawiany;
to się zdarza,
jestem z tego przesadnie znany.
Obudziłem go w dobrym celu
i wiersz położyłem obok,
powiedziałem mu: „Przyjacielu,
patrz: obłok,
przyjrzyj się, to moja córka,
widzisz, fruwa,
spójrz — takie same piórka..."
i łeb mi się mgłą zasnuwa...
A ja z tej mgły chcę uciec
w jasność,
powrócić do jasności, powrócić,
zasnąć.