N

a wstępie jedno zastrzeżenie: to nie jest dział informacyjny. Po biografie lub bibliografie proszę sięgnąć sobie w inne miejsce. Nie lekceważę tych, którzy tu zaglądają, tylko po prostu takie bezpieczne założenie gwarantuje autentyczność tej strony. Biografię Dana Browna musiałabym albo przepisać z okładki jego książki (a to zwykle jest krótka notka, więc bez sensu), albo ściągnąć z jakiejś strony www (a to niemoralne).

Zatem jaka to strona? To jest strona opiniująca. Czyli subiektywna. Czyli ktoś może się nie zgadzać. Czyli może zechce podyskutować. Czyli... mam was. O to właśnie mi chodzi.

A może ktoś zbuduje dla mnie jakąś ciekawą stronkę, poświęconą jednemu autorowi?
Sama nie udźwignę tej Czytelni!

Dan Brown (****)

Autor jest znany z powodu sukcesu Kodu Leonarda. Czytałam również Cyfrową twierdzę i Anioły i demony. I co? Ano to, że znam już podstawowe chwyty tego pisarza.

W powieści muszą być:

  1. instytucja top secret (Opus Dei w Kodzie, iluminaci w Aniołach i...)
  2. fanatyk religijny
  3. 2 kg makabry
  4. szczypta odniesień kulturowych(malarstwo, rzeźba)
  5. kryminalna intryga i sensacyjna konstrukcja wątków,
  6. Jest też dwoje rozwiązujących zagadkę „komisarzy śledczych” (naukowcy o nieprzeciętnym IQ, dla których rozwiązanie zagadki, niedostępnej dla pokoleń badaczy, okazuje się wykonalne w bardzo krótkim, wyznaczonym z góry czasie. W innym wypadku stałoby się coś bardzo złego).

Receptura: Wymieszać składniki nie zważając na proporcje.

Czy Dan Brown jest zatem dobrym pisarzem, jeśli udało mi się go tak rozszyfrować???

Odpowiem wymijająco. Kod Leonarda przeczytałam w jedną noc, rzeczywiście tzw. jednym tchem. Zachęcił mnie do sięgnięcia po inne książki pisarza. Czasu przeznaczonego na lekturę nie żałuję. I pewno sięgnę po następne. Zakwalifikowałabym powieści Browna jako dobrą literaturę popularną, sensacyjną. Do przeczytania podczas wakacji, dla rozrywki.

Tom Clancy - "Czerwony sztorm” (**)

Autor Polowania na Czerwony październik i Czerwonego sztormu, który ma na swoim koncie mnóstwo pieniędzy, zarobionych na sensacyjnej powieści szpiegowskiej, u mnie nie zaliczyłby seminarium Podstawy konstrukcji wątków i postaci w epice. Ma wielu czytelników i wielbicieli swego talentu. Ja przeczytałam Stan zagrożenia, ale do fanklubu nie wstępuję.

Chłopakom podobać się będą:

  1. polityczne tło intrygi
  2. interkontynentalny poziom akcji (Akcja przemieszcza się po całym ziemskim globie, bez jakichkolwiek ograniczeń; odwiedzamy małe wioski i wielkie metropolie, tajne bazy, zastrzeżone siedziby polityki, służb specjalnych, wojska, biznesu.)
  3. obowiązkowy wątek militarny (wiadomo, że coś wybuchnie i może być z tego wielkie bum! Diabli mogą wziąć nie tylko pokój na Bliskim Wschodzie, ale w ogóle może nastąpić apokalipsa. Cokolwiek autor miałby tu na myśli.)

Mnie razi:

  1. zupełna nieumiejętność łączenia wątków
  2. lekceważenie czytelnika
  3. i jego prób rozpoznania się w świecie postaci
  4. kosmiczna ilość epizodów i postaci epizodycznych, która zastępuje pomysł na fabułę
  5. ulubiona przez autora maniera stylistyczna, coś takiego np. (zmyślam z pamięci):

Bohater X nie zdawał sobie sprawy, że w tym samym czasie, tysiące kilometrów od NY, na granicy Syrii i czegoś tam, młody syryjski żołnierz podniósł do oczu lornetkę.

Ratunku! Czy to ma jakiś sens? Umordowałam się strasznie czytając, ale ponieważ książki były mi pożyczone, z życzliwości i w dobrej wierze, więc musiałam się przez nie przekopać. I nigdy więcej. Wolę Ludluma, jeśli chodzi o powieść szpiegowską.

Tomasz Różycki - „Dwanaście stacji” (******+)

A to już, proszę państwa, zupełnie inna bajka. To poemat współczesny dla koneserów, dla ludzi obdarzonych poczuciem smaku i humoru językowego. Tzn. ten utwór nie jest pisany wierszem, ale ja nie umiem nazwać go inaczej – jak właśnie poematem. Tytułowe 12 stacji – to dwanaście rozdziałów, etapów podróży, ksiąg. Czy już wam coś się kojarzy? Lepiej niech wam się nic nie kojarzy, bo jeszcze się zniechęcicie i nie przeczytacie.

Cudowne, bajeczne; czasem fantasmagoryczne i szalone; czasem rubaszne. Odwołań do polskiej tradycji literackiej nie zauważa się natychmiast (pod warunkiem, że się nie jest panią od polskiego; ech, taki los), ale jak już się zauważy, to smak czytania jest podwójny, potrójny... Skrzyżowanie Hrabala z Schulzem. Dowcip i powaga, rubaszność i liryzm, odrealnienie świata i jednocześnie bycie tego prostego, prowincjonalnego świata bardzo blisko; sięganie do tradycji literackiej i jednocześnie całkowita współczesność.

Najlepsza rzecz, jaką czytałam ostatnimi czasy. Cieniusieńka książeczka, nie do zdobycia, bo nakład dawno wyczerpany. Kogoś, kto dostrzeże ją w księgarni, proszę o natychmiastowy cynk, bo poszukuję jej od dawna. Trudno robić analizę z pamięci, a tak chciałabym zamieścić tu parę cytatów. Obiecuję, że temat poszerzę, jak przeczytam drugi raz. Tęsknię do tej opowieści.

Andrzej Sapkowski Trylogia husycka (*****)

Trylogia husycka: Narrenturm, Boży bojownicy, Lux perpetua

Hmm, rozsiądźcie się wygodnie, bo jak zacznę ten temat, to skończę pojutrze:). Po wstępie widać, że Sapkowski to luba mi dziedzina. Zdecydowanie należę do fanklubu wiedźmińskiego, i to od wtedy, gdy was pewno jeszcze na świecie nie było, he, he, albo byliście bardzo malutcy. Tą nutą wyższości pokryć chcę zapewne zakłopotanie, bo nie wiem, jak tu ugryźć obszerny temat.

Trylogia husycka to fantasy historyczna. Sapkowski porzucił sagę o wiedźminie Geralcie (heroic fantasy) dla eksperymentów w obrębie gatunku, tworząc właściwie w polskiej prozie fantastycznej nowy subgatunek. Wydawałoby się, że nic tak nie odstaje od siebie, jak historia i fantastyka, niemniej Sapkowski udowadnia, że ten mariaż jest możliwy. W trylogii sięga do czasów wojen husyckich (1 poł. XV wieku), przedstawia mnóstwo postaci historycznych, miejsc istniejących, bitew, które rozegrały się naprawdę, dbając o detale historyczne w odniesieniu do dat i faktów. Gdzie zatem jest miejsce na fantastykę? Sapkowski eksploruje obszar niedostępny badaniu historycznemu: sferę motywacji postaci, aliansów, powiązań i intryg, które mogłyby mieć miejsce, może nawet miały. Również magiczność, tak charakterystyczna dla fantasy, ma swoje miejsce w rzeczywistości powieściowej. Leczenie za pomocą magii, przeistoczenia, byty fantastyczne – któż wie, jakie monstra mogły żyć w średniowieczu? Otóż fragmencik jeden śliczny, opisujący nocną wędrówkę Pomurnika (?) przez Wrocław:

Pod wylotem rynny siedziało, liżąc zagnojony bruk, kilka urkinów, nadętych w puszyste kule. Zgrzytnąwszy pazurami, zemknął w ciemność zwinny jak jaszczurka rapion. Tuż dalej był skład win, majstrujący przy kłódce łysy gnom w skórzanym kabacie nawet nie podniósł głowy...

Wojny husyckie to szerszemu ogółowi nieznany temat, jesteśmy bowiem narodem katolickim, który schizmami głowy sobie zaprzątał nie będzie. Dlaczego zatem Sapkowski sięga to tego czasu? Tu pora na postawienie mojej tezy interpretacyjnej: Sapkowski swoją trylogią celowo i uporczywie burzy czytelnicze przyzwyczajenia, a nawet występuje przeciw nim w sposób prowokacyjny. Spójrzmy:

  • Bohaterem powieści jest Reynevan von Bielau, niby Niemiec, ale przecież gada do nas po polsku, prawda? No i ma typowo polskie cechy: fantazję, honorowość, namiętność i nieprzewidywalność, co inni nazywają lekkomyślnością. A przystaje do husytów! Jak tu go traktować? Swój czy obcy?
  • Rzecz dzieje się na Śląsku. Stronami w bataliach są Ślązacy, Niemcy, Polacy i Czesi. Polacy często są tymi głupimi i złymi. To z kim tu trzymać?

  • Jeśli macie nadzieję na jakieś heroic-zakończenie, to możecie nie doczytywać do końca (zdefiniujcie sobie, czym dla was jest heroic-zakończenie).

Jest jedna wspólna cecha sagi o Geralcie i trylogii husyckiej: Autor bawi się konfabulacją, żeby wypowiadać się o współczesności. Zarzut eskapizmu, który tradycyjna krytyka literacka wysuwa przeciw prozie fantastycznej, zawsze łatwo było odrzucić, natomiast w wypadku Sapkowskiego jest on po prostu śmieszny. Czytając, zaznaczałam całe passusy, odnoszące się do naszej polskiej „teczkowej” rzeczywistości, rzucone mimochodem, nienatrętnie, a trafnie:

- odcienie zdrady, szantaż jako metoda łamania szpiegów

- prowokacja a prawda historyczna

- idealizm a naiwność; zapał, poczucie misji - i wypalenie, gorzki zawód

- preparowanie świadków (i dokumentów) w sprawie

- tajemne zalety terroryzmu dla świata

- kwestia wolności, w tym wolności kobiet (stały motyw Sapkowskiego, którego za to dodatkowo lubię)

- kwestia fundamentalna w powieści: tolerancja religijna a spawa polska

- polonocentryzm i prowincjonalizm światopoglądu Polaków

 

Uważam Sapkowskiego za mistrza narracji. Zmyśla zgrabnie, zmysłowo, czasem rubasznie. Jego średniowiecze ma smak i zapach (hmm, czasem niepiękny), ma tajemniczość, ale i brutalność, i okrucieństwo. Przede wszystkim bawi mnie rodzaj poczucia humoru, które wybiera Sapkowski. To burzenie patosu przez dosadną rubaszność, poszukiwanie paradoksów, celna ironia.

Dla czytelnika poszukującego wyzwań też wiele się znajdzie: aluzje do różnych dzieł kultury, kompromitacja współczesności, stylizacje, poszukiwania w archiwum staropolszczyzny.

Najsłabsza w trylogii była chyba druga część. Autor przypominał gracza, który zakiwał się na śmierć, opowiadając kolejne bitwy, kolejne epizody, tworząc kolejne zwroty akcji i kolejne stosy trupów. Zgubiłam kierunek bardzo szybko i nie odzyskałam go już do końca. Chyba muszę teraz przeczytać wszystkie trzy części od razu. Uczynię to bez bólu, ale i bez tej przyjemności i wzruszenia, które towarzyszą mi, gdy czytam sagę o Geralcie...

Po namyśle dokładam jeszcze piątą gwiazdkę. Con amore...

  

Patrick Süskind „Pachnidło” (*****)

  • Oto powieść w kostiumie historycznym, której zdarzenia rozgrywają się w XVIII wieku, ale w której prawdziwa historia nie ma żadnego znaczenia. Istotą historyczności jest może oddanie realiów życia codziennego, a raczej tego, jak XVIII wiek pachniał.
  • Bo oto książka, której bohaterem jest zapach.
  • Konstrukcja głównej postaci sprawia, że czytelnik raczej się z nią nie identyfikuje. Grenouille to pokurcz, znajda, istota bytująca na obrzeżach społeczności ludzkiej. Nie ma właściwie w nim nic ludzkiego: ani potrzeb, ani przyzwyczajeń, ani pragnień. Pragnienia Grenouille’a koncentrują się na jednej dziedzinie: chce najpierw rozpoznać, potem odtworzyć wszystkie zapachy, żeby – stawszy się mistrzem w dziedzinie perfumiarstwa – móc tworzyć zapachy o niebywałym wpływie na człowieka. To ostatnie pragnienie pojawia się dosyć późno w trakcie akcji (i czyni Grenouille'a kimś bardziej zrozumiałym); przez większą jej część postrzegamy bohatera jako istotę półludzką, obcą, nawet jakby wynaturzoną, choćbyśmy nawet mu współczuli. Ludzie lubią posiadać różne rzeczy, Grenouille pragnie posiąść zapach, a dla tego celu jest w stanie poświęcić swoją wygodę, ambicje, nawyki czy w ogóle kondycję, a nawet zabić.
  • Jeśli chodzi o akcję, to – jak mawia znany siatkarz Skry Bełchatów – emocji tyle, co na rybach. Ale przecież pamiętamy, że bohaterem jest zapach – a ten nie potrzebuje akcji. Zatem – jest to powieść dla ludzi zmysłowych, obdarzonych olfaktoryczną wrażliwością, którym zrobi sensualną przyjemność poniższy fragment:

W zaułkach (...) ludzie żyli tak gęsto stłoczeni, domy, wysokie na pięć – sześć pięter, przytykały tak ciasno do siebie, że nie widać było nieba, a powietrze stało nisko nad zimią jak w wilgotnych parowach, nieruchome i ciężkie od zaduchu. Mieszały się tu woń ludzi i zwierząt, opary jedzenia i choroby, zapach wody, kamieni, popiołu, skór, mydła i świeżego chleba, jajek gotowanych w occie, klusek i wyszorowanego do połysku mosiądzu, szałwi, piwa i łez, tłuszczu oraz mokrej i suchej słomy.(...)

Natomiast w dzielnicy ludzi bogatych: Zza żelaznych krat bram wjazdowych zalatywało skórą powozów i pudrem z peruk paziów, a ponad wysokimi murami z ogrodów snuła się woń janowca, róż, i świeżo przyciętego ligustru. tutaj też Grenouille po raz pierwszy zwietrzył pachnidła we właściwym sensie: zwykłą wodę lawendową albo różaną, jaką przy uroczystych okazjach pojono ogrodowe fontanny, ale także bardziej złożone i wykwintne zapachy tynktury z piżma z dodatkiem olejku neroli, tuberozy, żonkili, jaśminu albo cynamonu, które wieczorem ciągnęły się jak ciężki woal za ekwipażami.

Oczywiście to dwa pierwsze z brzegu, dość obojętne, zwykłe przykłady. Najpiękniejsze opisy zapachów pozostawiłam w książce. Sami je odnajdźcie. Tak jak w Poszukiwaniu straconego czasu Prousta czy w Sklepach cynamonowych Schulza bohaterem opowieści jest czas, tak u Süskinda zapach. Staje się kategorią, którą możemy analizować i opisywać i która, sama w sobie, jest źródłem przyjemności estetycznej.

  • Dwa dni po zakończeniu lektury nadal byłam pod jej wpływem, szczególnie poruszona dramatycznym zakończeniem. I gotując obiad niedzielny (pachniał!), dotarłam do mojego odczytania wymowy powieści. Według mnie jest to powieść o potwornej samotności i potrzebie miłości.
  • O zapachu, czy w ogóle o doznaniach zmysłowych, nie można opowiadać bez stylistycznych umiejętności mistrza. Bogactwo językowe tej powieści sprawia, że czytanie jest smakowaniem. Spróbujcie to sfilmować! Po prostu się nie da. Musi powstać tani kryminał, który z pierwowzorem nie ma nic wspólnego.

Zapraszam na ucztę. Ale tylko smakoszy. Żarłoki się zdenerwują...

 

Paulo Coelho "Jedenaście minut" (*)

Zapewne większość z was zetknęła się z nazwiskiem popularnego w Polsce Brazylijczyka - Paula Coelho. Pierwszy tekst tego autora – Alchemik – dotarł do mnie od uczniów, tak samo zresztą, jak Jedenaście minut. Moja ocena obu tekstów jest jednak diametralnie różna. Nie mogę wykluczyć, że przyznałam jedną gwiazdkę, pamiętając, że autor napisał jednak coś lepszego.

Jedenaście minut opowiada historię dojrzewania, dziewczęcych marzeń i panieńskiej drogi do głębokich duchowych przemyśleń – pewnej młodej dziewczyny z brazylijskiej prowincji, która wyjeżdża w świat i staje się prostytutką. Jeśli jeszcze nie odczuliście głębi mojej ironii, to śpieszę to naprawić. Bohaterka ma na imię Maria, a powieść otwierają trzy motta – cytaty: z modlitwy do Matki Boskiej, z Ewangelii Łukasza (o Magdalenie - grzesznicy) i ze starożytnego hymnu na cześć Izydy. I właściwie, mili państwo:), przyjemność tej lektury kończy się w tym momencie. Wyobrażam sobie, że mogła powstać kapitalna opowieść, może tryptyk – przedstawiający trzy kobiece historie, trzy różne scenariusze losów, odpowiadające tym cytatom. Niestety, autor uparł się, aby założyć komuś aureolę za fakt oddawania swojego ciała. Oswaja nas z prostotą myślenia prowincjonalnej gęsi, która marzy o księciu z bajki i dość ma życia na „krańcach świata”. Otóż istota ta, wybierając drogę kobiety sprzedajnej, zachowuje czystość duchową i nieskalaność godną lepszej sprawy. Z życiem tekst rozmija się na odległość dwóch galaktyk. Duchowy portret nieboraczki tchnie grafomanią. Bohaterka, która w przerwie między przyjmowaniem kolejnych klientów pisze pamiętnik, mówi na przykład o sobie: Ależ stałam się uduchowiona; albo: Nie jestem ciałem, w którym mieszka dusza, jestem duszą, która ma niewidzialną część zwaną ciałem. Uważam ten tekst za

  • nadęty, grafomański, wykorzystujący patos do opisywania groźnego elementu rzeczywistości, jakim jest prostytucja;
  • przez to jest to tekst fałszywy.
  • drażniąco moralizatorski akurat nie tam, gdzie trzeba. (Bohaterka zdobywa właściwie niezłą fortunkę; przedstawiona jest jako osoba godna szacunku za to, co robi.)
  • często niesmaczny (Bohaterka przeżywa wiele momentów rozwoju swojej seksualności, zdobywa wiele doświadczeń. Tekst powinien mieć tytuł: Pamiętnik młodej prostytutki i wszystko byłoby jasne. Sięgaliby do tego tekstu ci, którzy poszukują niezdrowych podniet.)

Myślicie może, że jestem za stara na to, aby fascynował mnie tekst o młodzieńczym seksualizmie? Na temat wieku nie dyskutujemy, mówimy o talencie pisarskim. Jestem w stanie wymienić piętnaście innych tekstów, które opowiadają o relacjach między kobietą a mężczyzną w sposób zmysłowy, ekscytujący, tajemniczy, namiętny albo rubaszny czy obsceniczny, a które mi się podobały. Literatura mówi o różnych sferach życia, a seksualność jest jedną z tych sfer. Można o niej pisać zgrabnie i niezręcznie, sprawnie i nudno. Coelho, twórca prostej i ślicznej paraboli, jaką jest Alchemik, próbuje na prostocie zbudować cały swój warsztat pisarski. O ile w parabolach prostota jest zaletą, o tyle w powieściach realistycznych, odnoszących się do naszej współczesnej rzeczywistości – nie wystarcza, a nawet razi. Mnie razi. Tak bardzo, że pominę objaśnienie tytułu.

Yann Martel "Życie Pi"(****)

Czytałam tę książkę chyba z pół roku. Podchodziłam do niej ze trzy razy, korkując się zaraz na pierwszej części. Bo nie jest to lektura prosta, nie ma w niej, przynajmniej na początku jasnego gościńca fabuły, którym można galopować na oślep, jak w poczytnych bestsellerach.
Powieść ma trzy części i przedmowę, w której autor - Yann Martel – tworzy iluzję autentyczności bohatera swojej opowieści. Znamy to, znamy. Nie damy się nabrać, tak jak nie damy się nabrać na autentyczność opowiedzianej historii Pi Patela, hinduskiego chłopca, który spędził ponad siedem miesięcy na oceanie w szalupie ratunkowej.
Nie damy? Przynajmniej na początku, dopóki historia wreszcie nas nie uwiedzie, dopóki Pi nie stanie się naszym bratem.
Pi opowiada pisarzowi po latach od tamtych wydarzeń historię swojego dzieciństwa w hinduskiej mieścinie Puttuczczeri (I część), historię swojej podróży donikąd po oceanie (II część) oraz finał – czyli uratowanie, a także przesłuchanie przez japońskich urzędników (część III). Każda z tych części zdaje się utrzymana w innej konwencji.
  • Dzieciństwo Pi – to rodzaj wspomnienia, nieco melancholijnego, toczącego się w powolnym, łagodnym rytmie, tak typowym dla charakteru hinduskiego świata. Pi opowiada anegdoty o zwierzętach, które nas nieco nużą, no bo przecież nie przyszliśmy na wykład zoologiczny. Jakże się mylimy myśląc, że nie mają one znaczenia dla późniejszego toku zdarzeń! Elementem dopełniającym ten zoolog jest wykład religijny. Nieoczekiwane, prawda? Ale bo też Pi nie jest zwykłym chłopcem. Jeśli coś w nim urzeka to właśnie ta delikatność, łagodność, wrażliwość... Pi poszukuje swojej drogi do Boga. Odwiedza różne świątynie, rozmawia z kapłanami różnych religii, w końcu przyjmuje różne wyznania i praktykuje je równolegle, odnajdując to, czego ludzkość szuka przez tysiąclecia swego istnienia: harmonię między sobą a światem, darem Boga. Przyznam, że w tej części najbardziej zajęły mnie właśnie owe religijne poszukiwania Pi.

    Kapitalne będą dla chrześcijanina fragmenty,

    kiedy hinduski chłopiec poznaje i ocenia ewangeliczną historię Jezusa, spiera się z nią i boryka, nie mogąc zrozumieć, a potem ulega wobec płynącego z niej przesłania miłości.

  • Druga część jest dramatyczna i okrutna. Dostajemy jak obuchem w łeb; spada na nas katastrofa i nieszczęście, o którym nie chcę opowiadać, bo nie będzie niespodzianki. Łagodny, dobry Pi musi zmierzyć się z koniecznością walki o przetrwanie, z zabijaniem i pożeraniem istot na surowo. Są tu czasem brutalne opisy walki, które mogą zemdlić, i są opisy świata, które fascynują bajkowym urokiem. Niejednokrotnie rzucałam książkę w kąt, zmęczona udręką, którą przeżywa bohater, ale też wracałam do niej, poszukując opisów

    takich jak ten.

    W którym momencie odjeżdżamy od rzeczywistości: na samym początku podróży szalupą czy też później, w wyniku majaczeń chorego mózgu chłopca, osłabionego głodem i pragnieniem, samotnością i udręką? Od odpowiedzi na to pytanie zależy nasza wiara w to, co zostało opowiedziane. W tej części mamy historię rozbitka (Robinson, a jakże), historię Jonasza, może nawet arkę Noego. Symboli kulturowych – sporo, jak na opowieść o chłopcu na oceanie.

  • Trzecia część jest wartka, krótka, lapidarna wręcz, co staje się wyraźnym dysonansem w zderzeniu z dotychczasowym rytmem opowieści. W końcu – zdajemy sobie sprawę, że daliśmy się uwieść, że stoimy po stronie Pi i jego przekonań o wersji prawdy, którą opowiada. Dla nas Pi jest bardziej wiarygodny, niż racjonalny, ale jakże bezduszny świat urzędników, kompanii handlowych, frachtowców i towarzystw ubezpieczeniowych.

Jako puentę tej opowieści zamieszczę pewne zdanie Pi już z ostatnich stron: Jeśli człowiek jest zbyt racjonalny, wylewa kosmos z kąpieląBo to jest, proszę państwa, opowieść o metafizyce.

Co robi w tej historii tygrys? Sprawdźcie. Ja nie podejmuję się opowiedzieć.

Joanne Harris „Świat w ziarnku piasku” (****)

 
Po „Pianistce” powieść Joanne Harris była dla mnie prawdziwym wytchnieniem. Opowiedziana w niej historia ma klimat, ciekawy wątek i daje okazję do rozmyślań o relacjach w rodzinie. Ten psychologiczny podtekst nie narzuca się, ale sprawia, że książka ma jakąś głębię, do której warto dotrzeć.
Angielskiej pisarce udało się skromnymi środkami zbudować opowieść o życiu wyspiarskiej wioski, która walczy o przetrwanie. Starzenie się zamkniętej społeczności, ucieczka młodych na kontynent, rywalizacja między dwiema sąsiedzkimi wioskami, antagonizmy sąsiedzkie, wywiedzione z głupich drobiazgów – to wszystko może mieć uniwersalny wymiar.
Napisałam, że powieść ma klimat. Poza uniwersalizmem problematyki tym, co ciekawe, jest właśnie osadzenie akcji w miejscu wyrazistym, nasyconym lokalną barwą. Zapach morskiej bryzy albo dzikiego czosnku, rosnącego na wydmach, walka z morzem, sól na wargach od podmuchów wiatru, a nawet smak lokalnych potraw, głównie smażonej barweny czy ślimaków z cebulką i czerwonym winem... ach, jak to się czyta!

Bohaterka powieści i jej narratorka to młoda malarka, która powraca na rodzinną wyspę Le Devin po dziesięciu latach nieobecności. Wyjeżdżała jako dziecko z matką opuszczającą męża, przybywa bez bagażu, jako życiowy rozbitek raczej, dość samotna, poszukując ojca i dawnego porozumienia z nim. Odnajduje wioskę w stanie martwoty, dom w stanie ruiny, ojca na skraju obłędu. Miłość do niego oraz przywiązanie do miejsca urodzenia, które nagle w niej buduje jej własną tożsamość, nakazują bohaterce podjąć walkę o uratowanie czegokolwiek. Z determinacją, z poświęceniem, z miłością.

Coś się udaje, coś nie, ale powieść daje przesłanie pozytywne, jasne. „Wszystko powraca” to hasło narratorki, ludzi w wiosce, dwóch starych zakonnic, będących żywą kroniką wyspy. Jest w tym melancholia, ale i optymizm. Autorka zwraca uwagę na magnetyzm, który tkwi w miejscu naszego urodzenia i determinuje nasze życiowe wybory.

W trakcie akcji poznajemy zawiłe losy wyspiarskich rodzin, okryte najpierw tajemnicą. Życie ukazuje swoje skomplikowane oblicze, w nim – okazuje się – największą rolę pełnią ludzkie namiętności. Tym, co zadziwia najbardziej, jest powtarzanie się pewnych ról, związków, relacji, zależności... Odnalazłam więc w tej powieści dalekie podobieństwo i do „Stu lat samotności” G.G. Marqueza, i do dramatycznych konfliktów rodzinnych w „Na wschód od Edenu” Steinbecka, ale to dlatego, że to są powieści o życiu, i tyle. Książka Joanne Harris jest oczywiście historią skromniejszą i nie tak zawiłą, skrojoną na inną miarę. Ale ma smak.

 

Elfriede Jelinek "Pianistka" (***)

Elfiede Jelinek to współczesna kontrowersyjna pisarka austriacka średniego pokolenia, której powieść „Pianistka” przyniosła literacką Nagrodę Nobla w roku 2004. Po tygodniu, czy nawet dwóch, duchowej katorgi przebrnęłam przez „Pianistkę” z mieszanymi uczuciami.
To nie jest powieść zła. To nie jest powieść głupia. To jest powieść obrzydliwa. Mam mdłości.
Powieść łączy elementy autobiografizmu, zjadliwej satyry na mieszczańskie społeczeństwo z jego stereotypami i konwenansami oraz psychologicznego studium przypadku. Neurotycznego przypadku. Zresztą, płaszczyzn pewno jest więcej, ale skupmy się na tych trzech.
  • Autobiograficzność
To akurat wszyscy recenzenci odkrywają na samym początku, gdyż poszukują jakiegoś usprawiedliwienia dla mrocznej wizji świata powieści. Dom rodzinny bohaterki, jej relacja z matką, choroba psychiczna ojca, wykształcenie muzyczne – to wszystko wiąże ją z samą autorką. Jednak – o ile Erika jest postacią raczej bezwolną, podporządkowaną, autorka to istota niepokorna, która w swojej biografii ma z jednej strony wychowanie w klasztorze, z drugiej – przynależność do Austriackiej Partii Komunistycznej (już nie należy) i uliczne demonstracje z transparentami, działalność opozycyjną oraz liczne prowokacyjne wypowiedzi dla prasy. Więc, jak to zwykle bywa, biografia jest tworzywem, ale dowolnie kształtowanym i wykorzystywanym przez pisarkę.
  • Studium przypadku
Bohaterką „Pianistki” jest starzejąca się nauczycielka muzyki, Erika Kohut, niezamężna, mieszkająca z matką. Tym, co poraziło mnie najbardziej, jest płynąca z tej powieści nienawiść albo agresja: bohaterki wobec siebie, bohaterki wobec świata, wzajemnej matki i córki (pod płaszczykiem wdzięcznej miłości, oczywiście) i, wreszcie, chyba nawet agresji samej autorki do swojej bohaterki. Żadnych mostów między nami a bohaterką. Elfriede Jelinek nabija bohaterkę na ostrze pióra, przygważdża ją do białej kartki papieru i poddaje beznamiętnej obserwacji. Krew płynie, nikt nie krzyczy z bólu. Ja mam mdłości.
Erika nie jest istotą (oczywiście z całą umownością – istotą literacką). Jest preparatem, jest cyborgiem, jest marionetką albo po prostu produktem tresury. Została ukształtowana przez matkę: kobietę zaborczą i zimną – jako przyszła koncertująca mistrzyni świata w muzyce, albo jak to tam nazwać. Miała stać się spełnieniem matczynych ambicji i marzeń o sławie, pięknie i sztuce wyższej. W związku z tym matka pozbawia Erikę wszystkiego, co nie służy muzycznej pasji, nie daje jej również niczego w zamian. W wyniku tego procesu powstaje istota niezdolna do jakiegokolwiek odczuwania, obojętna, zimna, o zaburzonych relacjach ze światem zewnętrznym, w tym – ze światem mężczyzn. Nie potrafi odczuwać miłości ani pożądania, radości, podniecenia... Czasem kaleczy swoje ciało w przemyślny sposób, aby czuć cokolwiek.
Sama autorka mówi zresztą: „Uderzam tak mocno, że nic nie urośnie tam, gdzie byli moi bohaterzy”. Tu nie ma pięknych postaci. Ani kobiecych, ani męskich. Nie ma ideałów ani pięknych wartości.
 
  • Satyra
Seksualizm Eriki jest tym, co w powieści prowokacyjne i skandalizujące. Powieść wywołała lawinę głosów oburzenia w Austrii, oskarżano ją nawet o pornograficzność. Sama autorka stwierdza, że jest ona przeciwieństwem pornografii i ja się z nią zgadzam. Pornografia ma sugerować i wywoływać pożądanie, a powieść pokazująca bohaterkę, która niczego nie odczuwa, wywołuje moje obrzydzenie, nie podniecenie.
Czego zatem dotyczy satyryczna warstwa utworu? Och, lista jest długa: obłudy świata rodziny mieszczańskiej, stereotypu roli kobiety w tej rodzinie, jej życiowych praw i obowiązków, obyczajów seksualnych kobiety i mężczyzny, roli pornografii w tych obyczajach, a przede wszystkim (co zawsze wydaje się dalsze, bo jednak mniej skandaliczne) roli muzyki w kulturze austriackiej, kraju Schuberta i Mozarta; muzyki - owego bóstwa wcielonego i eksportowego, którego zarówno westalkami, jak i ofiarami, przeznaczonymi na pożarcie, są kobiety: zmuszone do lat studiów i ćwiczeń, skazane na niespełnienie wirtuozki lub nauczycielki, wyrzekające się libido, najczęściej samotne. „Wielka kultura jest panem; kobiety, nauczycielki gry – są pannami służącymi. Nie mają prawa do żadnych kreatywnych posunięć, nawet do własnego życia” – mówi pisarka o swoim temacie obserwacji. W tle ponurej historii Eriki i jej matki dźwięczą zatem fantazje, pieśni i sonaty.
 
Tym, co ważne w pisarstwie Jelinek, która jest również autorką utworów poetyckich, jest oczywiście język. Owszem, niektóre frazy brzmią muzycznie. Owszem, niektóre sformułowania brzmią odkrywczo i poetycko. Mnie jednak przeszkadza narracja utrzymana w czasie teraźniejszym (sądzę, że nie jest to eksperyment tłumacza!), jak najbardziej pasująca do psychologicznego studium, do opisu eksperymentu czy obserwacji, ale tak odległa od typowych standardów narracyjnych i naszych przyzwyczajeń czytelniczych.
 
 
Ze wszystkich warstw powieści najwyrazistszy dla mnie jest opis chorych, pokręconych relacji matki i córki. Pod tym względem – powieść pouczająca. Ale naprawdę możecie sobie odłożyć tę lekturę na później.