Zośka Wariatka


Po przedmieściach Warszawy chodzi wynędzniała, w strzępach i łachmanach, żebraczka, wyśpiewując obłąkaną piosenkę o jakimś Felku. Tańczy przy tym - i tańcząc płacze. Oto jej historia:

W domu pranie.

Białe kłęby pary, zaduch, plusk
Od ciemnej, siódmej, zimowej godziny.
Z trudem roztapia w sobie zamroczony mózg
Guz twardy snu.
Zośka słyszy, jak syczą i człapią mydliny,
I sen od farbki staje się siny,
I pęka jak bańka mydlana...
Zośka, od zmęczenia pijana,
Podnosi z tapczanu głowę:
W domu pranie...
Mętne światło naftowe...
Ojciec je śniadanie...

- Gdzieś się, ścierwo, włóczyła?

Wstała, kieckę włożyła,
Pod kranem się umyła
I do miski, do łyżki.

- Żreć to umiesz!
Gdzieś się włóczyła, ścierwo?!

...Jeszcze dzwonią jej w uszach kieliszki,
Pachną owoce w winie...
- Ja bym ta z nią gadała!
W pysk łupnij!

...Paprze się matka w mydlinie.
Ciepło i parno w kuchni...

A na Zośce piersi jak brzoskwinie,
A pod piersią stuka i łomoce
Rozigranej gorącości chlust!
Łajdaczyła się dwa dni i dwie noce,
Wino pachnie z rozgryzionych ust.
Trochę łokieć jeszcze Zośkę boli,
Bo się hukła o komody kant,
Gdy ją rzucił na kanapę pluszową
Ta cholera, ten spocony frant!
Dymi kwasem kapusta,
A ją mierzi już, nie może znieść,
Że tak ojcu żarcie człapie w ustach,
Że tak matka brudną wodę chlusta,
Że tu z nimi spać musi i jeść.

- Mów, psia twoja!! nad uchem jej wrzasnął,
Wstał i porwał się, i prask ją w pysk,
Paska chwycił, paskiem jeszcze chlasnął,
Krzesło złapał, krzesłem Zośkę trzasnął,
Jak szpon utkwił w córce oczu błysk:
- Ja ci tu popiszczę i popłaczę,
Będziesz wiedzieć, jak po nocach pić!
Ja haruję, ty ścierwo sobacze,
A ty będziesz z chłopami się gzić?!
Matka będzie cudze brudy prała,
Będą jej paluchy puchnąć, tak?
Żeby córka z facetami latała
I foxtroty tańczyła na wznak?!

Kopnął krzesło i do miski wrócił.
A dziewczynę jakiś wstrząs podrzucił,
A dziewczynę coś za gardło ścisło,
Błyskawicą w ciemnych oczach błysło,
Coś zaczęło się we krwi rozgrzewać
I bulgotać, i kipieć jak war,
I rzuciło w gorączkę i żar,
I zaczęła ni to mówić, ni śpiewać:

- "A co? a co? możem miała z wami
Suche kluchy i czarny chleb gryźć?
Jak mnie inni karmią tłustościami,
To wolałam na zabawę iść,
Na zabawie tańczyć z fryzjerami!
Tam są wszystkie kawalery szyk,
W kolorowych kraciastych koszulach,
Każdy na mnie okiem tylko mig,
A król jeich Felek ze mną hulał!
Tłusty, pulchny, a pachnie jak róża,
A jak mówi - to oczy przymróża,
A jak tańczy - to słodko przytula
I ma wargi czerwone, ogniste,
A u niego forsy - Jezu Chryste!
Jak nie kochać fryzjerskiego króla?
A na czole ma zagięty lok,
A krawacik ma w groszki liliowe,
Komplimenty mi prawił co krok,
Niby jakiejś babilońskiej królowej.
Tańczył ze mną - o tak, o tak - 
Patrzcie, starzy, jak mnie w siebie wgarniał!
Zaśpiewało mi serce jak ptak,
Zamroczyła mnie ta słodka męczarnia!
I już teraz będzie tylko śpiew,
Śpiew błagalny wszechmocnemu Bogu,
By dzieciątko wydał z moich trzew!
Córka wam się puściła, psiakrew,
Ale dziwką nie będzie na rogu!
I już teraz będzie tylko tan,
Straszny taniec Zośki obłąkanej
O tym, jak mnie po nocy pijanej
Huknął w pysk oblubieniec mój, pan,
Król fryzjerski, Felek ukochany!!"...

I zakrążył w parnej izbie strach,
I w wir porwał Zośkę-królową,
I tańczyła w śmiechu i we łzach
Z opętaną, rozwichrzoną głową.
I już stali sąsiedzi w drzwiach,
Z tchem zapartym, z odjętą mową,
A królowa-fryzjerowa szła,
Szła w zawrotnym tańcu dookoła,
Zachwycona śmieje się i łka,
Pachnącego swego gacha woła.

Z izby w sień, na podwórze i - w świat!
Już na zawsze, na wariackie tańce!...
- "Miłosierni państwo, dajcie grosz
Biednej Zośce, fryzjerskiej kochance..."

Chrystus miasta

Tańczyli na moście 
Tańczyli noc całą 

Zbiry, katy, wyrzutki, 
Wisielce, prostytutki, 
Syfilitycy, nożownicy, 
Łotry, złodzieje, chlacze wódki. 

Tańczyli na moście 
Tańczyli do rana. 

Żebracy, ladacznice, 
Wariaci, chytre szpicle, 
Tańczyły tan ulice, 
Latarnie, szubienice, hycle. 

Tańczyli na moście 
Dostojni goście: 
Psubraty! 

Starcy rozpustni, stręczyciele, 
Wstydliwi samogwałciciele, 
Wzięli się za rece, 
Przytupywali, 
Grały harmonie, harmoniki, 
Do świtu grali, 
Tańczyli tan swój dziki: 
Dalej! Dalej! 
Żarli. Pili. Tańczyli. 

A był jeden obcy, 
Był jeden nieznany, 
Patrzyli nań spode łba, 
Ramionami wzruszali, 
Spluwali. 

Wzięli go na stronę: 
Mówili, mówili, pytali, 
Milczał. 

Podszedł Rudy, czerwony: 
- Coś za jeden? 
    Milczał. 

Podszedł drugi, bez nosa, 
Krościasty: 
- Coś za jeden? 
    Milczał. 

Podszedł pijus, wycedził 
- Coś za jeden? 
    Milczał. 

Podeszła Magdalena: 
Poznała, powiedziała... 
    Płakał... 

Ucichło. Coś szeptali. 
Na ziemię padli. Płakali.

Do prostego człowieka

Gdy znów do murów klajstrem świeżym
Przylepiać zaczną obwieszczenia,
Gdy "do ludności", "do żołnierzy"
Na alarm czarny druk uderzy
I byle drab, i byle szczeniak
W odwieczne kłamstwo ich uwierzy,
Że trzeba iść i z armat walić,
Mordować, grabić, truć i palić;
Gdy zaczną na tysięczną modłę
Ojczyznę szarpać deklinacją
I łudzić kolorowym godłem,
I judzić "historyczną racją",
O piędzi, chwale i rubieży,
O ojcach, dziadach i sztandarach,
O bohaterach i ofiarach;
Gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
Pobłogosławić twój karabin,
Bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba,
Że za ojczyznę - bić się trzeba;
Kiedy rozścierwi się, rozchami
Wrzask liter pierwszych stron dzienników,
A stado dzikich bab - kwiatami
Obrzucać zacznie "żołnierzyków". -
- O, przyjacielu nieuczony,
Mój bliźni z tej czy innej ziemi!
Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
Króle z pannami brzuchatemi;
Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: "Broń na ramię!",
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
I obrodziła dolarami;
Że coś im w bankach nie sztymuje,
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę.
Rżnij karabinem w bruk ulicy!
Twoja jest krew, a ich jest nafta!
I od stolicy do stolicy
Zawołaj broniąc swej krwawicy:
"Bujać - to my, panowie szlachta!"

Kwiaty polskie (fragmenty)

 

Wiosna - dytyramb

Gromadę dziś się pochwali, 
Pochwali się zbiegowisko 
I miasto. 
Na rynkach się stosy zapali 
I buchnie wielkie ognisko, 
I tłum na ulice wylegnie, 
Z kątów wypełznie, z nor wybiegnie 
Świetować wiosną w mieście, 
Świętować jurne święto. 
I Ciebie się pochwali, 
Brzuchu na biodrach szerokich 
Niewiasto! 

Zachybotało! - - Buchnęło - - i płynie - - 
Szurgają nóżki, kołyszą się biodra, 
Gwar, gwar, gwar, chichoty 
Gwar, gwar, gwar, piski, 
Wyglancowane dowcipkują pyski, 
Wyległo miliard pstrokatej hołoty, 
Szurgają nóżki, kołyszą się biodra, 
Szur, szur, szur, gwar, gwar, gwar, 
Suną tysiące rozwydrzonych par, 
- A dalej! A dalej! A dalej! 
W ciemne zieleńce, do alej, 
Na ławce, psiekrwie, na trawce, 
Naróbcie Polsce bachorów, 
Wijcie się, psiekrwie, wijcie, 
W szynkach narożnych pijcie, 
Rozrzućcie więcej "kawaleryjskich chorób"! 

A!! będą później ze wstydu się wiły 
Dziewki fabryczne, brzuchate kobyły, 
Krzywych pędraków sromotne nosicielki! 
Gwałćcie! Poleci każda na kolację! 
Na kolorowe wasze kamizelki, 
Na papierowe wasze kołnierzyki! 
Tłumie, bądź dziki! 
Tłumie! Ty masz RACJĘ!!! 

O, zbrodniarzu cudowny i prosty, 
Elementarne, pierwotnie wspaniały! 
Ty gnoju miasta, tytanicznej krosty, 
Tłumie, o Tłumie, Tłumie rozszalały! 
Faluj straszliwa maso, po ulicach, 
Wracaj do rogu, śmiej się, wiruj, szalej! 
Ciasno ci w zwartych, twardych kamienicach, 
Przyj! Może pękną - i pójdziecie dalej! 

Powietrza! Z tych zatęchłych i nudnych facjatek 
Wyległ potwór poróbczy! Hej czternastolatki, 
Będzie z was dziś korowód zasromanych matek, 
Kwiatki moje niewinne! Jasne moje dziatki! 

Będzie dziś święto wasze i zabrzęczą szklanki, 
ze wstydem powrócicie, rodzice was skarcą! 
Wyjdziecie dziś na rogi ulic, o kochanki, 
Sprzedawać się obleśnym, trzęsącym się starcom! 

Hej w dryndy! do hotelów! na wiedeński sznycel! 
Na piwko, na koniaczek, na kanapkę miękką! 
Uśmiechnie się, dziewczątka, kelner wasz, jak szpicel, 
Niejedną taką widział, niejedną, serdeńko...

A kiedy cią obejmą śliskie, drżące łapy 
I młodej piersi chciwe, szybko szukać zaczną, 
Gdy rozedmą się w żądzy nozdzra, tłuste chrapy, 
Gdy ci kto pocznie szeptać pokusę łajdaczną - 

- Pozwól!!! Przeraź go sobą, ty grzechu, kobieto! 
Rozdzicielko wspaniała! Samico nabrzękła! 
Olśnij go wyuzdaniem jak złotą rakietą! 
"Nie w stylu" będziesz - trwożna, wstydliwa, wylękła... 

Wiosna!!! Patrz, co się dzieje! Toć jeszcze za chwilę 
I rzuci się tłum cały w rui na ulicę! 
Zośki z szwalni i pralni, "Ignacze", Kamile! 
I poczną sobą samców częstować samice! 

Wiosna!!! Hajda! - pęczniejcie! Trujcie się ze sromu! 
Do szpiatalów gromadnie, tłuszczo rozwydrzona! 
Do kloak swoje bastarzęta ciskaj po kryjomu, 
I znowu na ulicę, w jej chwytne ramiona!!! 

Jeszcze! Jeszcze! I jeszcze! Zachłannie, bezkreśnie! 
Rodźcie, a jak najwięcej! Trzeba miasto silić! 
Wyrywajcie bachorom języki boleśnie, 
By gdy w dół je życicie nie mogły już kwilić! 

Wszystko - wasze! Biodrami śmigajcie, udami! 
Niech idzie tan lubieżnych podnieceń! Nie szkodzi! 
Och, sławię ja cię, tłumie, wznisłymi słowami 
I ciebie, Wiosno, za to, że się zbrodniarz płodzi!

                                                "Pro arte et studio" 1918

Miłość ci wszystko wybaczy

 

Przy okrągłym stole

Muzyka: Zygmunt Konieczny

 

A może byśmy tak, jedyna, 
Wpadli na dzień do Tomaszowa?
Może tam jeszcze zmierzchem złotym
Ta sama cisza trwa wrześniowa...
W tym białym domu, w tym pokoju,
Gdzie cudze meble postawiono,
Musimy skończyć naszą dawną
Rozmowę smutnie nie skończoną.

Do dzisiaj przy okrągłym stole
Siedzimy martwo jak zaklęci!
Kto odczaruje nas? Kto wyrwie
Z nieubłaganej niepamięci?

Jeszcze mi ciągle z jasnych oczu
Spływa do warg kropelka słona,
A ty mi nic nie odpowiadasz
I jesz zielone winogrona.

Jeszcze ci wciąż spojrzeniem śpiewam : 
"Du holde Kunst"... i serce pęka!
I muszę jechać... więc mnie żegnasz,
Lecz nie drży w dłoni mej twa ręka.

I wyjechałem, zostawiłem,
Jak sen urwała się rozmowa,
Błogosławiłem, przeklinałem:
"Du holde Kunst! Więc tak bez słowa?"

Ten biały dom, ten pokój martwy
Do dziś się dziwi, nie rozumie...
Wstawili ludzie cudze meble
I wychodzili stąd w zadumie...

A przecież wszystko - tam zostało!
Nawet ta cisza trwa wrześniowa...
Więc może byśmy tak, najmilsza,
Wpadli na dzień do Tomaszowa?...

Wspomnienie

 

 

Mimozami jesień się zaczyna,
Złotawa, krucha i miła.
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna,
Która do mnie na ulicę wychodziła. 

Od twoich listów pachniało w sieni,
Gdym wracał zdyszany ze szkoły,
A po ulicach w lekkiej jesieni
Fruwały za mną jasne anioły. 

Mimozami zwiędłość przypomina
Nieśmiertelnik żółty - październik.
To ty, to ty moja jedyna,
Przychodziłaś wieczorem do cukierni. 

Z przemodlenia, z przeomdlenia senny,
W parku płakałem szeptanymi słowy.
Młodzik z chmurek prześwitywał jesienny,
Od mimozy złotej - majowy. 

Ach, czułymi, przemiłymi snami
Zasypiałem z nim gasnącym o poranku,
W snach dawnymi bawiąc się wiosnami,
Jak tą złotą, jak tą wonną wiązanką...

Kwiaty polskie (wybór fragmentów)

Część I
Rozdział pierwszy

[Bukiety wiejskie...]


Bukiety wiejskie, jak wiadomo, 
Wiązane były wzwyż i stromo. 
W barwach podobne do ołtarza, 
Kształt serca miały lub wachlarza 
Albo palety. Z niej to, kwietnej, 
Kolory brał bohomaz świetny, 
Rafael Rawy i Studzianny, 
Kiedy ku czci Najświętszej Panny 
Malował uczuć swoich kwiaty 
W tonacji bladej, choć pstrokatej. 
Ja nie o wiechciach z byle chwastu, 
Stawianych na werandzie na stół, 
Nie o wiązankach z kwiatów polnych, 
Może i wdzięcznych, lecz dowolnych, 
Nie o "naręczach", specjalności 
Wiochen i starszych dam rozwianych, 
Niosących je dla wykazania 
Polskości swej lub niewinności; 
Ja o bukietach z kunsztem, ładem, 
Z przewodnią myślą i układem, 
O zaściankowych, niestołecznych, 
Lecz ogrodniczych, lecz dorzecznych, 
Z kwiatów ścinanych nożycami, 
Ściąganych pasemkami łyka 
Przez popękane, czarnoziemne, 
Zgrubiałe ręce ogrodnika (…)

Las pachnie mocno, kwiaty brzęczą;
Zamykam oczy - jak w nich jasno!
Otwieram oczy - co to? o czem?
Urwana nitka... Gdzie warkocze? 
Gdzie echo napiętego rymu?
Gdzie wiersz? Gdzie sen?  "Kłębami dymu
niechaj się otoczę"... i płaczę.

Rozdział drugi

[O, siwa mgło...]

O, siwa mgło! O, srebrna mgło! 
O, szara mgło! O, mgło bez końca! 
Jakbym przez zadymione szkło 
Przyglądał się zaćmieniu słońca: 
Gdy się spacerem lekko szło - 
O, gęsta mgło! wciąż gęstsza mgło! - 
Sto razy tam i sto z powrotem 
Pomiędzy Krótką i Nawrotem. 
Przez welon łez, przez szary szron, 
Przez mglista gazę półwidomą 
Znów widzę każdy sklep i dom, 
I każde okno w każdym domu 
Przez welon łez, przez szary szron 
Najbliżej do rodzinnych stron, 
Bo gdy tak mgliście jest, to właśnie 
Tęsknocie lżej, wspomnieniom jaśniej

Dziś w Rio dżdżysty polski dzień 
I polskie chmury niebo kryją. 
Jak okręt widmo, okręt-cień, 
Dziś Łódź wylądowała w Rio. 
Jak zawsze, deszcz wyciąga mnie 
Na spacer... Awenidą? Nie. 
Od Krótkiej do Nawrotu. Potem 
Sto razy tam i sto z powrotem.


[Rozdział z dziecinnej "Farbenlehre"]

Rozdział z dziecinnej "Farbenlehre": 
Śródmieście ma ziemistą cerę, 
W bramie robotnik usiadł stary, 
Suche kartofle z miski je, 
A kolor jego żółtoszary, 
Bo głodno, chłodno, brudno, źle. 
Na cmentarz żółta trójka wiedzie, 
Do domu szóstka granatowa, 
Zieloną czwórką się dojedzie 
Do zielonego Helenowa. 
Popatrz na usta tej dziewczyny, 
Podręcznej z magazynu mód: 
A kolor ich niebieskosiny, 
Bo smutno, trudno, chłód i głód. 
Piątka spod lasu też zielona, 
Lecz białym pasem przedzielona; 
W tryby maszyny rozpętanej 
Robotnik rzuca resztki sił. 
A kolor jego ołowiany, 
Bo na min metalowy pył. 
Dziesiątka jest niebiesko-biała, 
Dwójka czerwienią fabryk pała, 
W drukarni znad zecerskiej kaszty 
Rumieńcem płonie chuda twarz, 
A kolor jego jest ceglasty - 
- I całą "Farbenlehre" masz. 
Już nie pamiętam, jak ósemka... 
Żółta z niebieskim? Czy w pasemka? 
Nic nie wiem... Przewrócona na bok 
Na szynach leży barykadą 
W poprzek przez jezdnię (gdzie był Zielke, 
A naprzeciwko Petersilge). 
Za barykadą - tłum stłoczony, 
A nad nią, w górę podniesiony, 
Sztandar-wyzwanie, sztandar-gniew: 
A kolor jego jest czerwony, 
Bo na min robotników krew. (…)

Piotrkowska, w stronę Grand Hotelu, 
Jak wymieciona. Przed tramwajem 
Beczki i skrzynie, a za nimi, 
Z browningiem w ręku przyczajeni 
Klęczą bojownicy patrząc w szarą, 
Bezludną przestrzeń trotuaru 
I pustą jezdnię. Nic. Martwota. 
Cisza i tam - bo z morza tłumu 
Nic nie usłyszysz prócz poszumu 
Przybywających gromad ludzkich, 
Co napływają od Widzewa, 
Żeby na rynek iść bałucki: 
Z Głównej, Nawrotu i Przejazdu 
Strugami się w Piotrkowską wlewa 
Burzliwy za przewałem przewał, 
Zmierzając ku Staremu Miastu; 
Ale się mało kto przepycha 
Pod Meisterhaus i pod Urlicha, 
Bo stamtąd, aż po barykadę, 
W jedną się szczelna zbił gromadę 
Milczący tłum, przy głowie głowa, 
Jakby głowami wybrukował... 
(Ten czarny tłok i nagła pustka 
Są jak w dominie "mydło-szóstka").

Ja skamieniały na balkonie, 
W to jedno oczy mam utkwione: 
W owo czerwone na wagonie.

Wtem z krańca pustki w naszą stronę, 
Od Benedykta, od Zielonej, 
Sypnęło drobne rozproszone... 
Przy każdym ostry punkcik stali.

Truchcikiem sypią mętni, mali, 
Lecz rosną - już się ludźmi stali, 
Sztykami prują pas martwoty, 
Już rotą stali się piechoty 
W krasnych lampasach furażerek. 
Stanęli. A na czele roty 
Maleńki, skoczny oficerek.

[Maleńki, skoczny oficerek]

Wysokie buty, błyszcząc glancem, 
Drepcą bez przerwy drobnym tańcem, 
Maleńka rączka w ciągłym ruchu: 
Jakby swędziało coś, to w uchu, 
Jakby dzwoniło coś, to znowu 
Przy rękojeści srebrnej "szaszki" 
Maca wiszące fatałaszki. (…)
Trzasnęło krótko. To koperta 
Zegarka pana oficerka 
(…)

Miał piękny pogrzeb. 
Pop na przedzie 
Konstantynowską kondukt wiedzie. 
Za nim, z poduszką, szedł żołnierzyk, 
Czapka i szabla na niej leży. 
Potem był wieniec od kamratów, 
Jekaterynoburskich chwatów, 
Dwóch go trzymało oficerów, 
Miał szarfę: "Za caria, za wieru 
I za otieczestwo". 
Następnie Rota miarowo i posępnie 
Kroczyła w rytm warczących bębnów, 
I sztyk za sztykiem, sztyk za sztykiem 
Armiejskim połyskiwał szykiem, 
Potem koledzy nieśli małą 
Trumnę kwiatami osypaną, 
A wreszcie, dzwoniąc ostrogami, 
Brzęcząc szablami, orderami, 
Wolno, żałobnie szli panowie 
Oficerowie. Ale pierwsza, 
Przez pułkownika prowadzona, 
Idzie wysmukła oficersza: 
Żona. 
Idzie - a idąc nienawidzi: 
Wszystkich, wszystkiego, ich i siebie, 
Najwięcej siebie nienawidzi, 
Pompy się wstydzi, kwiatów wstydzi 
I tych Moskali na pogrzebie, 
Tego welonu żałobnego.. 
I nawet trupa nienawidzi: 
Jego - biednego, kochanego, 
W tej bliskiej trumnie niesionego. 
Jezu, niewinnie umęczony, 
Najświętsza Matko Boleściwa, 
Sprawcie, by tak nie pobrzękiwał 
Ten tłum w ordery przystrojony! 
Nie dzwońcie, szable i ostrogi, 
Nie warczcie, bębny, psy żałobne! 
Zmiłujcie się nade mną biedną, 
Wyrwę się, pójdę, wszystko jedno, 
Ucieknę! Kostia, miły, drogi! 
Matko Najświętsza i jedyna! 
("O, matko Polko!" - przypomina - 
"O, matko Polko! gdy u syna 
Twego na czole...") - i urywa, 
I pod welonem, który spływa 
Z czoła na łono - gładzi ono 
Dzieciątkiem napęczniałe łono, 
Błogosławiącą głaszcze dłonią 
I z niewinnego czółka ściera 
Straszliwe piętno, znak Kaina... 
Brzęczą ostrogi, szable dzwonią, 
Zły z trotuarów tłum spoziera, . 
Pod welon się oczyma wdziera 
I milcząc grozi i przeklina: 
"O matko Polko! gdy u syna 
Twego na czole...!!" Matko Boża, 
Nieszczęścia się mojego pożal! 
Brzęk-brzęk-brzęk w oficerskim tłumie. 
Bębny żałobne grochem drobnym 
Biją... Szesnaście pójdzie trumien 
Przez miasto... Pójdzie długi szereg 
Sierot i wdów... A zamordował 
Kto? On, jej mały oficerek... (...)

Nazajutrz rano biedna Zofia
Do ojca na wieś pojechała.
Przez trzy miesiące, smutna, dzika
chodziła, modląc się, śró kwiatów,
Aż legła - córkę dając światu
W samotnym domku ogrodnika.(...)

I zmarła oficerska wdowa (...)

II

[Aniela]

Na chrzcie dziewczynce imię dano
Aniela. Tak chciał dziadek.

VII

Tak rosła. Zimą w owej grocie
W aptece wonnej i sklepiku
A latem w lasach i w ogrodzie

Lub "na fabryce", śród letników. (...)

VIII
Dziewięć lat miała, kiedy z dziadkiem

Na cmentarz poszła. "Tutaj klęknij.
Paciorek zmów za duszę matki,
Połóż te lilie. Krzyża sięgnij.
Tak. Teraz mów, powtarzaj za mną:

>>Polecam duszę męczennicy,
Matki mej<<.. Dosyć. Jak usłyszy,
To starczy. A jak nie usłyszy,
To szkoda słów.
Teraz za ojca męczennika
To samo zmów.
Za Konstantina... Konstantego!
Przeżegnaj się. Tak. No i... tego...
Pójdziemy"... Lecz od wrót cmentarnych
Zawrócił nagle - i pod czarny
Matczyny krzyż ją znów skierował
I krzyknął, aż dziewczynka zbladła,
Zatrzęsła się, na klęczki padła,
Tak szarpnął! Pierwszy raz tak krzyczał.
A krzyczał: "Teraz się wyliczaj
Z nieswoich grzechów! Teraz, mała,
Za Polskę módl się! Nie za <>.
Lub, nie daj Boże, za najgorsze...
Rozumiesz?" Nic nie rozumiała,
Więc powtórzyła, co umiała:
"Opiece Twej, Najświętsza Panno,
Polecam duszę męczennicy,
Matki mej"... A on: "Nie płacz. Wstań no.
Już dobrze. Nie płacz! Wstyd pannicy
Być taką beksą"... A sam szlochał
I tulił ją... jak ja tę powieść.
Nie wiedział dotąd, jak ją kochał!...
Kogo? Ach - - kogo! -- -- --
Po odpowiedź
Pojechał autor w antypody.

Wiedział i w Polsce oczywiście,
Lecz, że tak mocno go to ściśnie,
O tym nie wiedzial, wolny, młody,
Po tamtej stronie Wielkiej Wody,
Daleko - z tamtej strony Wisły, (...)

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 

Potem -- -- 
Potem to wszystko i mnie przedzieli 
Atlantykiem tęsknoty. Potem 
Przez ten Atlantyk i tęsknotę 
Sto razy pomnóż! Tysiąc! Mało! 
Tysiąc i jeden! Będą klechdy 
Szeherezady, którą niegdyś 
Co dzień się żyło, oddychało, 
Nie wiedząc wcale, że mitami 
Na każdym kroku oddychamy! 
Ze Łódź Bagdadem jest bajecznym 
Albo La Manczą manczesterską, 
Tomaszów - ach! Tobosem wiecznym, 
Warszawa - Troją bohaterską 
I Jeruzalem, której murom 
śpiewają, płacząc, dwa narody 
Jednej niedoli pieśń ponurą... 
Któż wtedy wiedział, że daleką 
Stanie się Kraków świętą Mekką, 
A góra Giewont - Siódmą Górą, 
A rzeka Wisła - Siódmą Rzeką? 


[My country is my home. ]

My country is my home. Ojczyzna 
Jest moim domem. Mnie w udziele 
Dom polski przypadł. To - ojczyzna. 
A inne kraje są hotele. 
Mój dom. Mieszkanie. Pokój. Biurko. 
A w nim (pamiętasz?) ta szuflada, 
Do której się przez lata składa 
Nie używane już portfele, 
Wygasłe kwity, wizytówki, 
Resztki żarówki, ćwierć-ołówki... 
Leży tam spinka, fajka, śrubka, 
Syndetikonu pusta tubka, 
Jakaś pincetka czy pipetka, 
Stara podarta portmonetka. 
Kostka do gry, koreczek szklany. 
Bilet na dworcu nie oddany, 
Szary zamszowy futeralik, 
Zeschły pędzelek, lak, medalik, 
Przycisk z jaszczurką bez ogona, 
Legitymacja przedawniona, 
Brązowe pióro wypalane 
Z białym napisem "Zakopane". 
Korbka od czegoś, klucz do czegoś, 
Lecz już oboje "do niczegoś" 
Słowem, wiesz, jaka to szulflada... 
A gdy jej wnętrze dobrze zbadasz, 
Znajdziesz tam małe zasuszone 
Serce twe, w gratach zagubione... 
Więc nie wyrzucaj nic, nie sprzątaj... 
Przyda, nie przyda się -- niech leży. 
Oszczędzaj graty przy "porządkach" 
W takich szufladach i zakątkach, 
Boś z każdym cząstkę życia przeżył 
I trwasz, nie wiedząc, z tą starzyzną... 
Jak z tą szufladą, tak z ojczyzną: 
Nic nie wyrzucisz. Coś ci wzbrania 
Przetrząsnąć lamus przywiązania 
I "niepotrzebne", "nieużyte" 
Usunąć. Niech zostanie z tobą. 
Zabobon, mówisz? Tak, zabobon... 
Ludzie uczeni zwą to - mitem. 
I z tej codziennej mitologii 
Nagłych, z zaułka, zjawień, olśnień, 
To z barwy, z linii, to z melodii 
Chwila ojczyzną ci wyrośnie. 
Zjawi się taka niewątpliwa, 
Wyłączna, nie do podrobienia, 
Że poznasz z echa, zwęszysz z cienia 
To ona - twoja, własna, żywa. 

A to silniejsze niż potęga 
Batorych, Chrobrych, Jagiellonów, 
Niż pompatyczna dziejów księga, 
Niż namaszczona rozbajęda 
Bombastów, bardów, fanfaronów! 
O, te histriony historyczne! 
O, ci histerycy historii, 
Rymarze "glorii" i "wiktorii", 
Gęsi skrzeczące na zapłotkach 
O swych kapitolińskich przodkach! 
O, historyczne rymochlasty, 
"Patosem dziejów" rozegżone, 
Skrzydła te szkapy, zaprzężone 
W dziejowy rydwan drabiniasty". 
Dalej będziecież Polskę włóczyć 
Po "szlakach" "misjach" "przeznaczeniach"? 
Znowu się będzie byle szczeniak, 
Fuks gazeciarski i codzienniak 
Tłustością dawnej chwały tuczyć? 
A szlag niech raz te "szlaki" trafi! 
Zamiast historii rozbuchanej, 
Może by trochę, dla odmiany, 
Botaniki lub geografii? 
A kysz, bajczarzu bałamutny, 
Plotący szumne historyzmy! 
Nie okryć matejkowskim płótnem 
Nędzy, nagości, ran ojczyzny! 
Na wielkość będziesz ją skazywał, 
Na przeznaczenie, orły, szczerbce, 
A lud ci będzie pokazywał 
Łatane portki, zdarte kierpce? 
Będziesz swym piórkiem naród wodził 
Na historyczne dęte szlaki, 
A on o głodzie i o chłodzie 
Po kurnych chatach będzie smrodził 
I pasem jciskał puste flaki 
Albo pogubi je, wyprute, 
Na krwawych drogach ku "wielkości"... 
Legną kurhany białych kości 
Na polach... To jedyny skutek 
Arcydziejowych wspaniałości.

Część II 

Rozdział pierwszy  

(...) Było to gdzieś na przesileniu 
Zimy i wiosny nierychliwej, 
w porze zamyśleń, rozleniwień 
(Leniuch był ze mnie, straszny leniuch); 
Było to w pierwsze dni smętnienia, 
Za miłosnego bezkrólewia, 
W czas ewangelii, czas Szopena 
I - KONIA, co na dachu rdzewiał. 
Tak. Z okna widać było konia 
Metalowego. Stał bez jeźdźca 
I dawno nęcił mnie, wałkonia, 
By wskoczyć - i galopem z miejsca. 
A był to także czas zapatrzeń 
w dym, szarość, nudę, czad ponury 
Gwiazdy, słabość wciąż i rzadsze... 
Więc się zbuntujmy i ożyjmy. 
Rumaku weterynaryjny. 
Wzlećmy nad ten Kominogród 
W pełen astralnych zwierząt ogród, 
W świętego Jana sny prorocze! 
Do pierwszej dowieź mnie mgławicy, 
A kiedy się na Zodiak wtoczę. 
Tam cię już puszczę, tam przeskoczę 
Na grzbict Gwiaździstej Niedźiedzicy. 
Lecz stał jak wryty. Zziąbł i przemókł. 
Dym gryzł go w oczy, żarła rdza. 
A nie odwrócił nawet łba. 
Nawet nie zarżał. Trudno. Nie mógł. 

Rzucony na posępne tło 
Szarości dżdżystej, dni bez słońca 
O, gęsta mgło! 
O, ćmiąca mgło! 
O, dymna mgło! O, mgło bez końca!), 
Czekal mój Pegaz bez zajęcia 
Na cud, na dziw, na czar odklęcia, 
Na właśnie TĘ: znającą Słowo. 
Na właśnie TO: czyniące Słowo. 

I przyszła TA, i przyszło TO 
(O, modra mgło, złotawa mgło, 
Mgło opałowa, mgło od słońca, 
Ta od polany parująca, 
Gdy się po deszczu lasem szło 
I dygotaly rozelśnione 
Liście zarośli, przystrojone 
w kropliste diamentowe szkło...). 
Kto dał ci adres, dobra mgło, 
Z której się Ona wyłoniła? 
Między przymrozkiem a przedwiośniem, 
Między północą a półświtem. 
W czas niedomówień i niedośnień, 
Mglistą złożyła mi wizytę. 
Bezdźwięczne wymówiła imię 
I słowa, które szczęście znaczą, 
A równą szczęściu są rozpaczą... 
Za szybą, w księżycowym dymie, 
Koń obudzony skrzydleć zaczął. 


"Do Prześwietnego Magistratu 
Miasta Bagdadu, czyli Łodzi... 
[. . . . . . . . . . . . . . . . .] 
...Niżej podpisany 
Tamtejszy Uczeń, pętak, mikrus, 
Znany obibok i drapichrust, 
Zawalidroga i łachmytek. 
Ma zaszczyt prosić. żeby oną 
Cudowną szkapę uskrzydloną 
Uznało Miasto za zabytek. 
Niech zawsze ma swój obrok gwiezdny, 
Kastalską wodę z rzeki Łódki, 
A jeszcze lepiej wiadro wódki; 
Niechaj ogląda ją przyjezdny 
Kiedy do Łodzi się wybierze 
(Trzy gwiazdki z nieba w Baedekerze). 
A na stajennych dla konika 
Proszę przeznaczyć honorowo 
Gryzmołów od >>Orędownika<< 
I miejską frakcję narodową".

 

[Bałuckie limfatyczne dzieci ]

O, jaki żar od rana w Rio! 
I jaki zaduch w czarnym tłoku 
Dnia 15 lipca, roku 
Tysiąc dziewięćset dwunastego, 
Gdy kurzem sypnie bies płomienny 
W gardziele Wschodniej i Kamiennej!

Bałuckie limfatyczne dzieci 
Z wyostrzonymi twarzyczkami 
(Jakbyś z bibułki sinoszarej 
Wyciął ich rysy nożyczkami), 
Upiorki znad cuchnącej Łódki, 
Z zapadłą piersią, starym wzrokiem, 
Siadają w kucki nad rynsztokiem, 
Puszczają papierowe łódki 
Na ścieki, tęczujące tłusto 
Mętami farbek z apretury - 
I płyną w ślad nędzarskich jachtów 
Marzenia, a za nimi - szczury(...)

"Jeżeli jakiej wody pragnę 
Tam w Europie, to kałuży. 
Gdzie dziecko schyla się nad bagnem 
I puszcza o zmrokowej chwili 
Statki wątlejsze od motyli"...