Jacek Piekara "Łowcy dusz"

Łowcy dusz to czwarty tom serii opowiadań o Mordimerze Madderinie, inkwizytorze żyjącym w XV naszej ery, który za cel swojego życia postawił sobie krzewienie Świętej Wiary oraz wyplenienie innowierców:

Oto świat, w którym Chrystus zstąpił z krzyża i surowo ukarał swych prześladowców. Świat, gdzie słowa modlitwy brzmią: I daj nam siłę, byśmy nie przebaczali naszym winowajcom. Świat, w którym nasz Pan i jego Apostołowie wyrżnęli w pień pół Jerozolimy. Cytat ten najlepiej obrazuje realia stworzone przez Piekarę.

Ze względu na rodzaj narracji, która jest pierwszoosobowa, mamy wrażenie, jakbyśmy z każdym przeczytanym zdaniem i stroną coraz bardziej zagłębiali się w okrutnym świecie pełnym herezji, zbrodni, zgiełku i brudu, a niezwykle sugestywne opisy skutecznie w tym pomagają. Po pewnym czasie wyimaginowana rzeczywistość do reszty nas pochłania, a my sami stajemy się bohaterem, który to, powodowany ludzkimi namiętnościami, staje się nam tak bliski. Teraz jesteśmy jednością, a znaczenie słów „wejść w cudzą skórę” przybiera całkiem nowy wymiar. Stajemy się pokornym sługą Jego Ekscelencji biskupa Hez-Hezronu, Młotem na Czarownice oraz Mieczem w rękach Aniołów. Brutalna rzeczywistość, z która spotykamy się na każdym kroku, nie robi na nas wrażenia. Jako ludzie prawdziwej wiary pokładamy bezkresną ufność w Bogu, który daje nam „siłę, byśmy nie przebaczali naszym winowajcom”. Jako obdarzeni łaską niesienia zbawienia tym, którzy zbłądzili, chętnie wskazujemy im właściwą ścieżkę i dajemy szansę odnalezienia jej w bolesnej ekstazie stosu.

Nasza działalność bardzo często jest niezrozumiała dla prostych ludzi, być może ze względu na przeszłość, w której to stosy płonęły o wiele częściej niż powinny, a nasi poprzednicy charakteryzowali się większą zapalczywością i, śmiałbym stwierdzić, niejednokrotnie pochopnością w dokonywaniu osądów, paląc całe wioski bądź miasta. My jednak, nauczeni błędami przeszłości oraz kierowani własnym sumieniem, nie lubimy niepotrzebnego cierpienia bliźniego, tym bardziej niesłusznego, jednak jesteśmy skłonni poświęcić życie swoje lub innych dla wyższych celów oraz w imię naszej Świętej Wiary.

Tak wygląda kondycja bohatera, w którego chcąc nie chcąc wcielamy się, chłonąc kolejne strony książki. Trzeba zaznaczyć, że pomimo szlachetnego celu, jaki to przyświeca Mordimerowi w trakcie jego barwnych przygód często ulega on jakże ludzkim pokusom i popełnia równie ludzkie błędy, zatem z pewnością do świętych nie należy. Nie da się jednak nie darzyć go sympatią, chociażby za specyficzne, pełne ironii i sarkazmu poczucie humoru. Z pewnością jest to postać nietuzinkowa, o której mógłbym jeszcze wiele napisać a mimo tego nie wyczerpałbym tematu, natomiast każdy z Was znalazłby w niej coś bliskiego sobie, bardziej bądź mniej urokliwego.

Dzieło Piekary, tak jak i poprzednie części, było dla mnie odskocznią i jak zwykle długo wyczekiwaną szansą na przeniesienie się znowu do pełnego intryg świata wojny pomiędzy wiarą a herezją, Kościołem i Cesarstwem, cnotą i grzechem. Wbrew pozorom świat ten nie różni się tak diametralnie od naszego, a ludzie pomimo ogromnych różnic pozostają tacy sami…

Opracował recenzję Jakub Żurawiński

Jerzy Pilch "Moje pierwsze samobójstwo" (******)

Zbiór dziesięciu opowiadań Pilcha jest najprzyjemniejszą lekturą na świecie. Najprzyjemniejszą – od kiedy przyjemny i popularny jest nurt perwersyjnego sentymentalizmu.

W większości powieści, opowiadań, wierszy i innych utworów jestem w stanie znaleźć zarówno plusy, jak i minusy, zalety i wady, rozdziały pełne pisarskiej kupy jak i te, które wzbijają się ponad czasem. U Pilcha szukałem minusów. Niestety (niestety?) zachwyciło mnie w nim wszystko, od konstrukcji bohatera, poprzez obraz Magritte’a na okładce, na pochodzącym z papieru makulaturowego smrodzie octu kończąc.

Wyobraźmy sobie wszyscy zwierzę, dyszące chucią i ociekające wulgarną seksualnością. Ubierzmy w czarny garnitur, ogólmy, uczeszmy i w ogóle mydłem potraktujmy, dodajmy nadprzeciętną inteligencję i zmysł cynika, luki w pamięci, krzywe okulary i piersiówkę z jakąkolwiek gorzałą, włosy przyprószmy siwizną, dorzućmy ewangelickie, małomiasteczkowe korzenie i oto stoi przed nami, jako ten wyborny trup, bohater opowiadań. Bohater, a jakże, nieprzeciętny. Pisarz- artysta, częściowo skrywany alkoholik, budzi w nas jednocześnie podziw i odrazę. Nie wiadomo, czy jest geniuszem, czy świrem. Chociaż ja jednak skłaniałbym się ku temu pierwszemu.
Pilch jest wirtuozem słowa. Łączy swobodę i literacki bunt Joyce’a z nastrojem jak z Edgara Poe. Każde opowiadanie dotyczy czego innego, w każdym bohater pokazuje się z innej perspektywy, jednak razem tworzą niebywale spójną całość, pokazującą różne sfery degradacji głównego szaleńca. Dowiadujemy się, że auktorialny, ewangelicki, Amen, bohater- narrator, jest człowiekiem także, że się starzeje, wykazuje objawy Alzheimera, zawieszenia umysłu i psychozy maniakalno- depresyjnej. Zresztą, kto będąc ewangelickim, auktorialny narratorem nie zacząłby w końcu wariować?
To, co w prozie Pilcha urzeka, to doskonały balans, równowaga pomiędzy pierwotną seksualnością, seksualnością perwersyjnego intelektualisty, poetyckością, górnolotnością, turpizmem i sentymentalizmem. To balans pomiędzy rzeczywistością i ułudą, wioskowym szamanizmem i wielkomiejskim konsumpcjonizmem, tym co transcendentne i tym, co immanentne. Nienawiść do rodziny jest równie silna jak sentyment do rodziny.

Jeśli jednak myślimy, że znajdziemy w opowiadaniach Pilcha coś uniwersalnego, grubo się pomylimy. Każde z opowiadań jest wspomnieniem, dywagacją, fikcją i przede wszystkim rozmyślaniem. To, co wyróżnia Pilcha w świecie konsumpcyjnych głupców i roztkliwionych nastolatków, szukających prawdy o świecie, to hermetyzm, tajemniczość, która intryguje w tym samym stopniu, co odrzuca. Pilch zamknął bohatera w skorupie, a on nie ma zamiaru wcale się pofatygować i do czytelnika z tej skorupy wyjść. Nie ma w tym kpiny. Opowiadania, owszem, tchną sentymentalnym komizmem, ale idiota, który pokusi się o wdarcie do tego świata, nie będzie bezpieczny.

Opracował recenzję: Miłosz Sokołowski

Paulo Coelho "Czarownica z Portobello" (****)

Kolejna powieść brazylijskiego pisarza pokazuje nam, że to, co raz sprzedało się dobrze, ma wielką szansę sprzedać się równie dobrze ponownie. Jednak powtórka z sukcesu zdarza się nielicznym.

Pisząc kolejne powieści utrzymane w tej samej konwencji ezoteryczno-filozoficznego i lekkostrawnego czytadła, powtarzając wciąż i wciąż te same treści może pisarz popaść w rutynę, może zacząć być nudnym, może w końcu zacząć przeczyć teoriom, które zawarł w poprzednich powieściach. Coelho jednak nie jest ani nudny, ani nie zaprzecza sam sobie. Powtarza po raz kolejny te samą naukę, pokazuje element Tradycji, jednak robi to wciąż z innej strony. Tym razem spokój i wyższy stan ducha pomaga uzyskać tajemnicza postać – Atena, uważana jednocześnie za boginię i ‘czarownicę’, którą poznajemy tym razem dzięki subiektywnym relacjom wielu postaci- aktorki, księdza, Cyganki i dziennikarza.

Kim zatem jest Atena? To pytanie przewija się przez wszystkie recenzje „Czarownicy…”, powtarzane jak echo za informacjami na obwolucie. Jednak nie liczy się pytanie, a odpowiedź.

Atena jest (była) kobietą trudną. Skomplikowaną. Kiedy poznawałem historię jej dzieciństwa, zdziwiło mnie tylko to, że nie była Murzynką i jej przybrani rodzice, którzy adoptowali ją w Transylwanii (sic!), wychowali w Libanie, wykształcili w Londynie i pozwolili na jej wyjazd do Dubaju, nie wybielili jej dodatkowo jak Michaela Jacksona. No ale cóż, mniejsza o trącącą nieco brazylijskim serialem genealogię. Atena miała Moc. Przejawy tej mocy są właśnie treścią całej powieści- kobieta opanowana obsesją macierzyństwa staje się mistyczną przewodniczką rzeszy ludzi. Uczy bycia innym. Uzdrawia i przekazuje prawdę – że miłość JEST. Nic więcej.

Powieść Coelho jest skazana na sukces. Nie jest wybitna, jest napisana wręcz średnio. Nie powiem „przeciętnie”, bo Coelho nie ma z przeciętnością nic wspólnego. W swojej twórczości kontynuuje apostolstwo tego, co niektórzy nazywają „New Age”, sekciarstwem, kultem Energii czy Bogini. „Czarownica z Portobello” jest kolejną przypowieścią, parabolą, rozciągnięta do rozmiaru powieści, która pokazuje nową ścieżkę Tradycji. Tym razem ważne jest macierzyństwo, trans taneczny i, po raz kolejny, obecność Mistrza.

Tej powieści nie czyta się już tak łatwo jak chociażby „Alchemika”. Jednak żadna chyba powieść Brazylijczyka nie jest arcydziełem. Bestseller, owszem, ale nie wybitna proza. Widać dojrzewanie stylu pisarza – męczące rozważania, dialogi i rozwlekłe, egzystencjalno-ezoteryczne retardacje, występujące chociażby w nudnych i paradoksalnie-niczego-nie-uczących „Walkiriach”, znikają, wystylizowanie opowieści na zbiór relacji wychodzi jej tylko na dobre. Pewna tandeta jest tutaj wciąż obecna, nie razi jednak tak, jak w „Jedenastu minutach”. Zasmuciło mnie, ze Coelho zaczął operować naiwnym futuryzmem – mówi o wyprzedzaniu epoki, o nowym życiu w dwudziestym drugim wieku. Kto by jednak zastanawiał się nad warsztatem literackim Coelho? Ważne jest przesłanie, szukanie Miłości i czynienie świata lepszym.

Za co plus:

  • za kontynuowanie rozważań o Mocy, Bogini, Sile, czy jak kto tam nazwie tą dziwną energię, którą posługuje się bohaterka
  • za sty l – zbiór relacji jest zdecydowanie ciekawszy nić pierwszoosobowa opowieść o smażeniu się nago na pustyni Mojave (‘Walkirie”)
  • za prostotę – kto przeczyta, ten zrozumie. Może „uwierzy”
  • za kościołowatość – walkę z instytucją da się przeżyć, nawet zrozumieć, jednak pokazuje nam tutaj Coelho, jak łatwo jest sobie stworzyć świętych – a raczej palić na stosie tych, którzy zasługują na aureolę i kanonizować szarlatanów. Smutne to, ale prawdziwe, a Kościół nie ma w zwyczaju przynawania się do błędów

Za co minus:

  • za komplikację fabuły przez dziwną genealogię – nie wiadomo kiedy obok Drakuli pokazują się Cyganie, Arabowie, jogini i inne karły na wrotkach
  • za targanie dzieckiem – kobieta ogarnięta pasją macierzyństwa ciąga je ze sobą po Arabii Saudyjskiej, Londynie, Szkocji i cholera wie, gdzie jeszcze. Kobieta zamożna, stać ją na bilety lotnicze.

Opracował recenzję: Miłosz Sokołowski

Anne McCaffrey „Jeźdźcy smoków”

Lessa przesunęła się tak, że ogromne oczy smoczycy musiały spojrzeć na nią i… zatraciła się w tym tęczowym spojrzeniu. Fala radości zalała Lessę. Uczucie ciepła, czułości, przywiązania oraz jednoczesnego szacunku i podziwu napełniło umysł, serce i duszę. Już wiedziała, że nigdy więcej nie zabraknie jej doradcy, obrońcy, przyjaciela wyczuwającego natychmiast każdy nastrój jej umysłu i serca, jej pragnienia. Jaka cudna jest Lessa,wdarła się myśl w rozważania Lessy, jaka miła, jaka mądra, jaka dzielna i zręczna!

„Jeźdźcy smoków” Anny McCaffrey to powieść fantastyczna opowiadająca przygody młodziutkiej Lessy, która zostaje wybrana przez smoczycę – królową na swoją panią, co łączy się z zostaniem władczynią jednego z Weyrów. Dziewczyna musi zapomnieć o własnych potrzebach i słabościach i w pełni poświecić się mieszkańcom Pernu, planety Rukbatu w gwiazdozbiorze Strzelca. Jedynym jej prawdziwym przyjacielem staje się smoczyca, Ramoth, z którą powiązana jest niesamowitą więzią. Zarówno smok, jak i kobieta, mogą nawzajem odczytywać swoje myśli i odkrywać wzajemne marzenia, troski, opinie.

Powieść Anny McCaffrey (ur. 1926), choć dość dawno wydana (1968), nigdy nie straciła na swojej atrakcyjności. Młodzież nadal chętnie czyta o historii jeźdźców Pernu, wydanej w 16-tomowym cyklu. Świadczyć o tym mogą nie tylko nagrody, które otrzymała autorka, jak na przykład Nagroda Hugo dla najlepszej powieści, ale też ponowne wydanie w tym roku wszystkich części książki

„Nad morzem toczącym swe fale z łoskotem

Szybują dwa smoki, brunatny ze złotym.

Przed nimi kontynent zamarły w pokorze,

Czy znajdą tam życie, ta misja pokaże.”

Zawrotność akcji, tajemniczość bohaterów, fragmentami pojawiająca się namiętność i nieoczekiwane zakończenie to główne cechy „Jeźdźców…” Dzięki nim mogłabym zaczynać książkę od nowa zaraz po zakończeniu jej czytania i za każdym razem odkrywać coś nowego. Ani razu powieść nie wydała mi się nudna i tylko zamykające się oczy i perspektywa wczesnego wstawania sprawiały, że z ogromnym bólem serca odkładałam książkę na półkę, by następnego dnia do niej wrócić.

Czytając „Jeźdźców smoków” zauważyłam pewne podobieństwa między historią Lessy a dzisiejszymi powieściami. Mogłam wywnioskować tylko jedno: Anne McCaffrey stała się wzorem dla dzisiejszych pisarzy. Jak podobną historię możemy przeczytać w tak popularnym „Eragonie” Paoliniego. I mimo że to McCaffrey pierwsza opisała historię smoków i ich panów, to inne powieści stały się sławniejsze, doczekały się swoich odwzorowań na wielkim ekranie i dostały więcej nagród niż „Jeźdźcy..”. Nie zapomnijmy więc o książkach, wydanych dawno. „Zaklęcie dla Cameleon”, „Źródła magii”, „W pogoni za smokiem” – te i inne książki polecam ludziom, którzy jak ja kochają fantasy. „Klasyka to to, co wszyscy chcieliby przeczytać i czego nikt nie czyta”. Nie zapomnijmy o więc o klasyce fantasy!

opracowała recenzję: Anna Porwańska  2007