Lolo

 Ach, ten Lolo.

Jak on umie naciskać klawisze. To znaczy odpowiednie klawisze, bo naciskać, tylko naciskać, umiem nawet ja. Ale nie po to nas tutaj trzymają, Lola i mnie, żebyśmy naciskali byle co i byle jak. Gdyby tylko o to chodziło, w ogóle nie byłoby o czym mówić, to znaczy gdyby tu były tylko same odpowiednie albo tylko same nieodpowiednie klawisze. Ale pomysł tego pana z brodą na tym właśnie polega (i chyba chodzi mu tylko o to, żeby mnie upokorzyć, a wywyższyć Lola), że klawisze są dwojakiego rodzaju. Te, które należy naciskać i te, których nie należy naciskać. Co gorsza niczym nie różnią się one między sobą. To znaczy nie różnią się, dopóki ich się nie naciśnie. Potem różnica wychodzi na jaw, ach, aż nazbyt jest widoczna. Mianowicie, kiedy naciśnie się odpowiedni klawisz (to znaczy, kiedy Lolo naciśnie, bo mnie nie udaje się to nigdy), otwiera się klapa i wyskakuje kawałek słoninki, którą zjada ten, kto nacisnął (to znaczy Lolo). Kiedy zaś naciśnie się nieodpowiedni klawisz (ten, który ja zawsze naciskam, choć zawsze chcę nacisnąć inny) – nic się nie otwiera.

Dlaczego tak jest? Dlaczego mnie nigdy nie udaje się nacisnąć odpowiedniego klawisza? (A jemu się zawsze udaje.)

Pan z brodą, który to wszystko urządził, zostawił nam swobodę naciskania, wybór więc należy do mnie. Co więcej, ten pan zdaje się oczekiwać, a nawet wymagać ode mnie, abym naciskał klawisz odpowiedni. Czym wytłumaczyć, że ja nie naciskam jak trzeba, a Lolo naciska? Tylko tym, że Lolo umie, a ja nie umiem. To znaczy, że ja jestem głupszy od Lola.

Aby nie zginąć z głodu, muszę sobie radzić inaczej. Oto jak:

Właśnie już Lolo nacisnął i ja nacisnąłem, ze skutkami odmiennymi, które opisałem powyżej. Lolo trzyma w przednich łapkach kawałek smakowicie pachnącej słoninki (mnie ona pachnie smakowiciej niż jemu, bo ja jestem głodny, a on nie), ja mam łapki puste i burzy mi w brzuchu. On nie zabiera się do jedzenia (bo jest nażarty, bestia), ja bym chętnie się zabrał, ale nie mam do czego. Słoninka jest w łapkach Lola. Więc mówię:

- Wiesz, Lolo, podziwiam cię. Jesteś taki mądry taki inteligentny, że zaledwie wystarczy mi ta odrobina głupiego rozumu, którą posiadam, żeby to pojąć i ocenić. Jeżeli mam jakikolwiek rozum, to chyba tylko po to i tylko na tyle, żeby cię podziwiać.

- Hm, hm... – mruczy Lolo. – Jaki jestem?
Dobra nasza, myślę sobie i powtarzam:
- Jesteś mądry, inteligentny, wybitny, doprawdy niezwykły.
- Niezwykły, powiadasz? – podejmuje Lolo z lubością i ma taką minę, jakby jadł najpyszniejszą słoninkę na świecie. – Niezwykły?
- Oczywiście. Weźmy na przykład mnie. Ja nic nie potrafię, bo jestem głupi, ograniczony i tępy. Ty natomiast jesteś genialny.
- Hm, no to masz – powiada Lolo i oddaje mi słoninę. (Może sobie na to pozwolić, bo wie, że znowu naciśnie i znowu wyskoczy mu następna słoninka.) I dodaje z pogardą:
- Tylko się nie udław.
Uwaga jest na miejscu. Jestem tak wygłodzony, że rzucam się na słoninkę doprawdy zbyt łapczywie. Ale nie mogę się powstrzymać, mimo pogardy Lola. Zresztą moje łakomstwo sprawia mu przyjemność.

Ach, ten Lolo.
Jak on umie naciskać klawisze. To znaczy odpowiednie klawisze, bo naciskać, tylko naciskać, umiem nawet ja. Ale nie po to nas tutaj trzymają, Lola i mnie, żebyśmy naciskali byle co i byle jak. Gdyby tylko o to chodziło, w ogóle nie byłoby o czym mówić, to znaczy gdyby tu były tylko same odpowiednie albo tylko same nieodpowiednie klawisze. Ale pomysł tego pana z brodą na tym właśnie polega (i chyba chodzi mu tylko o to, żeby mnie upokorzyć, a wywyższyć Lola), że klawisze są dwojakiego rodzaju. Te, które należy naciskać i te, których nie należy naciskać. Co gorsza niczym nie różnią się one między sobą. To znaczy nie różnią się, dopóki ich się nie naciśnie. Potem różnica wychodzi na jaw, ach, aż nazbyt jest widoczna. Mianowicie, kiedy naciśnie się nieodpowiedni klawisz (to znaczy, kiedy Lolo naciśnie, bo mnie nie udaje się to nigdy), otwiera się klapa i wyskakuje kawałek słoninki, którą zjada ten, kto nacisnął (to znaczy Lolo). Kiedy zaś naciśnie się nieodpowiedni klawisz (ten, który ja zawsze naciskam, choć zawsze chcę nacisnąć inny) – nic się nie otwiera.
Dlaczego tak jest? Dlaczego mnie nigdy nie udaje się nacisnąć odpowiedniego klawisza? (A jemu się zawsze udaje.)
Pan z brodą, który to wszystko urządził, zostawił nam swobodę naciskania, wybór więc należy do mnie. Co więcej, ten pan zdaje się oczekiwać, a nawet wymagać ode mnie, abym naciskał klawisz odpowiedni. Czym wytłumaczyć, ze ja nie naciskam jak trzeba, a Lolo naciska? Tylko tym, że Lolo umie, a ja nie umiem. To znaczy, że ja jestem głupszy od Lola.
Aby nie zginąć z głodu, musze sobie radzić inaczej. Oto jak:
Właśnie już Lolo nacisnął i ja nacisnąłem, ze skutkami odmiennymi, które opisałem powyżej. Lolo trzyma w przednich łapkach kawałek smakowicie pachnącej słoninki (mnie ona pachnie smakowiciej niż jemu, bo ja jestem głodny, a on nie), ja mam łapki puste i burzy mi w brzuchu. On nie zabiera się do jedzenia (bo jest nażarty, bestia), ja bym chętnie się zabrał, ale nie mam do czego. Słoninka jest w łapkach Lola. Więc mówię:
- Wiesz, Lolo, podziwiam cię. Jesteś taki mądry taki inteligentny, że zaledwie wystarczy mi ta odrobina głupiego rozumu, którą posiadam, żeby to pojąć i ocenić. Jeżeli mam jakikolwiek rozum, to chyba tylko po to i tylko na tyle, żeby cię podziwiać. 
- Hm, hm... – mruczy Lolo. – Jaki jestem? 
Dobra nasza, myślę sobie i powtarzam:
- Jesteś mądry, inteligentny, wybitny, doprawdy niezwykły. 
- Niezwykły, powiadasz? – podejmuje Lolo z lubością i ma taką minę, jakby jadł najpyszniejszą słoninkę na świecie. – Niezwykły? 
- Oczywiście. Weźmy na przykład mnie. Ja nic nie potrafię, bo jestem głupi, ograniczony i tępy. Ty natomiast jesteś genialny. 
- Hm, no to masz – powiada Lolo i oddaje mi słoninę. (Może sobie na to pozwolić, bo wie, że znowu naciśnie i znowu wyskoczy mu następna słoninka.) I dodaje z pogardą:
- Tylko się nie udław. 
Uwaga jest na miejscu. Jestem tak wygłodzony, że rzucam się na słoninkę doprawdy zbyt łapczywie. Ale nie mogę się powstrzymać, mimo pogardy Lola. Zresztą moje łakomstwo sprawia mu przyjemność.
- O, tak, je...steś wielki... potężny... mniam-mniam, mlam-mlam... Niesłychany... mlask-mlask... Cudowny....
Trudno jest jeść i przemawiać jednocześnie, ale wiem, że muszę mówić, jeżeli mam zadowolić Lola. Trzeba żyć. Chociaż gdyby mnie ktoś zapytał: „Dlaczego trzeba?” – nie umiałbym odpowiedzieć na to pytanie. 
Lolo chętnie dyskutuje na tematy ogólne. Ma ku temu chęć i swobodną głowę, bo zawsze jest nażarty. Ja myślę przede wszystkim o jedzeniu, ale nie mogę mu odmówić, kiedy się jemu zechce pogadać o abstrakcjach. Jego prawo.
Przeważnie rozmawiamy wieczorem, kiedy laboratorium jest już zamknięte, klawisze nie działają i nikt nas nie obserwuje. Wtedy Lolo zaczyna:
- Moja misja to udowodnić, że jesteśmy zdolni do objęcia władzy nad światem. Szczur – to brzmi dumnie. Jestem niesłychanie inteligentny, ale to jeszcze nic. W miarę jak ćwiczę moją inteligencję, rozwijam ją i pogłębiam, zbliżam się do rezultatów, o których nam się nie śniło. 
- Ależ Lolo – próbuję oponować nieśmiało – na razie jesteśmy zamknięci w klatce. 
On ignoruje moje spostrzeżenie. 
- Moja wybitność świadczy, że jesteśmy rasą wyjątkową. Moim powołaniem jest ewolucja,, która postawi mnie na czele gatunku, a nasz gatunek na czele wszystkich innych gatunków. Musimy sprostać temu zadaniu. 
- Ty na pewno sprostasz. Ale ja nie. 
- Nie martw się. Ostatecznie jesteś także szczurem, chociaż głupim.  Należysz do tej samej rasy, co ja. 
Lolo rozwija skrzydła swojej fantazji. Mówi o wynalazkach, jakich dokona, choć, oczywiście, ich nie precyzuje, bo nie wie jeszcze, jakie będą. Ale ma intuicję, wizje i natchnienie. Zwierza mi się na przykład:
- Już coś mi świta. Wynajdziemy coś... Coś takiego...
Nie mogąc się wysłowić robi okrężny gest łapkami.
- Masz na myśli koło?
- Tak, tak, koło! – ucieszył się. – Wynalazek koła otworzy nam drogę do innych wynalazków. 
- Oczywiście – zgadzam się nieszczerze. – Opanujemy kosmos. Słoninka. 
- Co?
- Nic, nic, wymknęło mi się.
I tak sobie gwarzymy.
Od pewnego czasu ogarnia mnie niepokój. Nie jest to niepokój o słoninkę, który znam aż nazbyt dobrze. To coś innego. Mówię Lolowi:
- Nie umiem tego określić, jestem tylko prostym, głupim szczurem. Ale słyszę głos, który mi mówi: „Przegryź klatkę, wydostań się poza mury. Skocz do wody.”
- Co za głupstwa – śmieje się Lolo. – Przerwać doświadczenia? Gryźć? I po co do wody?
- Nie wiem. To głos tajemny, który nie raczy mi się przedstawić. Nie wiem, skąd pochodzi. Wiem tylko, że brzmi rozkazująco. 
- Tym mniej należy zwracać na niego uwagę. Nie rozmawiaj z nieznajomymi. Naciskaj.
I Lolo naciska, dostaje słoninkę, je. Ja nie mam ochoty naciskać. Nawet już nie dlatego, że i tak mi nic z tego nie przyjdzie. Głos nie milknie, powtarza się, nie daje mi spokoju. Ten głos mi mówi, że ta klatka, to pomieszczenie, w którym się ona znajduje, i to, w czym znajduje się pomieszczenie – są zagrożone. Że trzeba opuścić to wszystko, wydostać się poza obręb tego wszystkiego, i uciekać. Nie wiem dokąd, ale uciekać, uciekać, uciekać... Śni mi się ocean, ja i Lolo przebierając łapkami płyniemy w tym oceanie i oddalamy się od niebezpieczeństwa.
Ale on nie chce słyszeć o niczym.
- Jaki ocean, po co ocean, zwariowałeś? Właśnie na oceanie jest niebezpiecznie.
- Tak, ale tam jeszcze mamy szanse. A tutaj...
- Co tutaj?
- tutaj zginiemy.
- Może ty zginiesz, ale nie ja – obraził się – ja, z moją inteligencją...
Ma rację. On ze swoja inteligencją świetnie tu sobie radzi. I co on by robił na oceanie? Tam ani klawiszy, ani naciskania, koniec z jego prestiżem. Tutaj on nie zginie i ja przy nim nie zginę. 
Więc czemu się niepokoję?

Niżej

— Czy zauważyłeś – powiedział  Artur — że droga się obniża?
Rzeczywiście, od godziny posuwaliśmy się ciągle w dół. Dachy domostw, które od czasu do czasu mijaliśmy, stawały się coraz bardziej płaskie. Coraz więcej tarasów.
— Dlaczego mi się tak przypatrujesz? — zapytałem Artura.
— Twoje czoło — powiedział – twoje biedne czoło.
Spojrzałem do lusterka. Czoło obniżyło mi się znacznie. Linia, od której zaczynały się włosy, wypadała prawie tuż nad brwiami.
— W porządku – mruknąłem, choć ta opanowanie była tylko pozorne. — Patrz lepiej na swoje nogi. Zdaje się, że nigdy nie miałeś tak niskiego podbicia. To jest chyba ojciec wszystkich platfusów.
Artur krzyknął. Przekonał się, że stopy miał teraz spłaszczone jak łopatki i to zjawisko wciąż przybierało na sile.
Posuwaliśmy się teraz, całkiem już wyraźnie, po pochyłości.
— Nie można właściwie rzec — zastanowiłem się — że nie ma tu wzniesienia. Przeciwnie, ona jest cały czas. Tak jednak jakoś wychodzi, że my nic z tego nie mamy i raczej musimy mimo wszystko przyznać, że zjeżdżamy. Jesteśmy więc, żeby tak to wyrazić, na podszewce tego, co nazywamy górowatością. — Tu mignął nam jakiś przechodzień o spłaszczonej czaszce.
Artur milczał. Najwidoczniej coś przetrawiał w sobie. Nagle ożywił się.
— Czy znasz tę historię o wdowie i kominiarzu? Otóż pewna wdowa...
— Przestań — odparłem — przestań w tej chwili. – Wiem dobrze, ca mi chcesz opowiedzieć – płaski dowcip!
Artur nadąsał się. Horyzont po bokach prostą linią przechylał się – w jedną stronę, zaczynał się wprawdzie pośrodku mojej jednej źrenicy, ale przebiegał już pod drugą, poniżej, trzeba była przechylać głowę. Wywoływała to uczucie nikłego, ale stałego znużenia. Miałem wrażenie, że zmierzamy ku czemuś.
— Artur! — zawołałem. — Co się właściwie z nami dzieje?!
Podniósł na mnie oczy, ale jakoś tak płasko, ukośnym ruchem w płaszczyźnie nachylonej.
— A właściwie dlaczego nie?! — zawołał zuchwale. Uszy mu drżały. — Właściwie dlaczego nie dosyć tej przeklętej trójwymiarowości? Skup się, a zrozumiesz, że poziom i tylko poziom też może zawrzeć całe piękno.
Wtedy stwierdziłem z bólem, że już po nim. Co do mnie, byłem jeszcze w stanie opierać się przez jakiś czas.
— Człowieku! Przecież jeżeli zniknie trójwymiarowość, a może nawet w ogóle wymiarowość, no to zniknie i nie będzie jej, jakże więc chcesz, żeby była tam, gdzie jej nie będzie i jak możesz nawet mówić, że będzie, kiedy nie będzie. Przestań bredzić o jakimś poziomie i całym pięknie.
— A widzisz! — upierał się zwycięsko Artur. — Sam mówisz, że jeżeli jej nie będzie, ta nie będzie. Poziom zawrze wszystko, bo poza nim nie będzie nic i niczego!
— Ale ja wiem, ja czuję, że poza nim, że nie tylko on! Ja mam to w głowie, że w górę i w dół, w prawo i w lewo!
Artur' roześmiał się, Nie sposób było z nim teraz rozmawiać. Grupa kobiet szła obok drogi. Na ramionach niosły koromysła, obrobione, drewniane, jakby ramiona wagi służące do noszenia wiader. Wspomniałem smukłych wojowników z włóczniami, których spotykaliśmy dawniej. Jak pięknie piął się prosty wysoki las włóczni, jakie piękne akcenty pionowe. Nigdy nie mieliśmy już ich zobaczyć. Koromysła równoległe do ziemi, do widnokręgu, do wszystkiego, złowróżbnie poziomiły krajobraz. Czułem, że mi opadają pończochy.
— Gdybym miał płaski browning, zastrzeliłbym cię bez namysłu — powiedziałem gorzko.
— Poziom... — powtarzał Artur z rozrzewnieniem. — W odwiecznym zatargu pionu i libelli, czyli wasserwagi, jestem po stronie tej ostatniej. Pion! Cóż za ohyda! Ten ołów na tym szpagacie! Dlatego kocham morze! Morze jest najdoskonalszą tęsknotą do płaszczyzny! Góry! Coś wstrętnego! Najwyżej płaskowyż!
— Arturze! — próbowałem go ratować, choć czułem, że wierzch czaszki przywiera mi do podniebienia. — Zastanów się! Załóżmy nawet, że masz rację. Weźmy więc przykład, który powinien ci odpowiadać:  nieboszczyk na powierzchni i nieboszczyk w grobie. W obu wypadkach mamy do czynienia z doskonałą pozycją poziomą, twój ideał osiągnięty. Dobrze. Ale żeby od pierwszej doprowadzić do drugiej potrzebny jest wektor pionowy, zmaterializowany w łopacie grabarza, skierowanej pionowo, w glinę. A wiec pion, Arturze, jednak pion!
Mknęliśmy teraz przez las coraz bardziej pochyły, rosły w nim grzyby, ale tylko same kapelusze, bez nóżek. Artur    śmiał się jak szalony.
— Pion! — szydził. — A nie pojmujesz, że nie ma dwóch poziomów, niższego i wyższego, jest tylko jeden wspaniały, absolutny poziom. Dusza, dusza mój chłopcze, jest pozioma!
Las się skończył i Artur krzyknął z zachwytu. Przed nami był długi most, a na nim stado długich jamników na maleńkich i w dodatku zakrzywionych nóżkach.
— Jamniki! Nie żyrafy! — zawołał i padł na kolana. — Naprzód! Na czworaki! Wzdłuż!
Uczułem, że potężna siła każe mi zrobić to samo. Resztką świadomości stwierdziłem bez zdziwienia, że mam horyzont w kręgosłupie. Ostatnim spojrzeniem przestrzennym ujrzałem Artura, który w oczach stawał się już tylko poziomiejącą kreską, a potem zmieniliśmy się obaj w dwie proste równoległe i pobiegliśmy w nieskończoność, aby tam się przeciąć...

Wesele w Atomicach

Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko. . .
Pan młody miał pod lasem niezły kawał laboratorium i coś ze dwa reaktory wedle cesarskiego gościńca, zaś w samym obejściu nieduży, ale schludny zakład chemicznej syntezy. Pannie młodej ojciec dawał  w posagu całą siłownię, w dobrym punkcie, w samym środku wsi, przy kościele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze sześć patentów z dziedziny biochemii. Nic dziwnego, że młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na małżeństwo zgodzili. I ogłoszono w Atomicach wesele.
Akuratżem walcował blachę na zimno, jak brat panny młodej przyszedł na wesele mnie zapraszać. Był ci to postawny uczony, kolega mój jeszcze z katedry. Boga pochwalił, bose nogi na słomiance wytarł i na zydlu przysiadł.
Trochę trudno nam było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce szczególnie jakoś licznie się zleciały i pola startowe za stodołą sobie uwiły, coraz też któryś w powietrze wzlatywał i głośnym świergotem  swoim słowa nasze tłumił.
– Ano, wydajemy ją za mąż – westchnął gość. – Ino żeby awantury jakiej na weselu nie było – dodał strapiony.
– Coby miała być – odpowiedziałem. – Przecie to jest wesele pokoju, no nie?
Posiedzieliśmy jeszcze z kwadrans, popatrzyli, jak dzieci wracają drogą z uniwersytetu,
jak stary Józwa zwozi do stodoły paliwo, a potem pożegnał się i poszedł.
Nadszedł dzień wesela. Trochę nieporęcznie wypadło, bo akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę.
To, co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmelioryzowano, pustynie zaś zalesiono. Rzekę zawrócono, żeby płynęła w drugą stronę. W związku z tym droga do kościoła wypadła nieco dalej, zaś u mnie na podwórku powstała wielka tama o poważnym znaczeniu gospodarczym, tak że drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnością można było wyjść z domu.
Kiedym na miejsce przyszedł, akurat zaczynały się oczepiny. Druhny śpiewały:

Jak cię będą czepić,
spojrzyj do powały,
żeby twoje dzieci
czarne oczka miały.

Potem zrobiły jej elektrolizę i wyprowadziły do komory ciśnień. Tymczasem gości przybywało. Wszyscy byli w ludowych termostatach nałożonych na granatowe garnitury kort-tenis. Niektórym już się kurzyło ze skafandrów. Na podwórku podchmieleni piloci trzaskali z rur wydechowych. Psy szczekały. Ale dopiero po kościele zaczęła się prawdziwa zabawa.
Stałem na przyzbie, żeby przedwieczornym powietrzem odetchnąć. Z izby dochodziły różne dźwięki muzyki dodekafonicznej, to znów syntetycznej. Coraz to buchały przyśpiewki a przytupywania. Kłębiły się, wrzały jurne siły wytwórcze. Na niebie pojawiła się gwiazda. Dzieci rzucały w nią kamieniami. 
Wesele trwało w pełni, gdy jakoś przed jedenastą wyskoczył na środek młody Smyga zza rzeki, tancerz zawołany, pieśniarz i filut. Okręcił się parę razy, stanął przed orkiestrą i zaśpiewał na poczekaniu:

Już się przed wsią naszą
jasna przyszłość mości,
przez szczęście społeczeństwa
do szczęścia ludzkości!
Oj, dana, oj, dana!

Bardzo się to wszystkim spodobało. Powstał śmiech i głośne brawa. Ale już młody Pieg odbił się, wyciął hołubca, czapkę na bok skręcił i zaśpiewał w odpowiedzi:

Najpierw trzeba zacząć
od spraw moralności:
do szczęścia społeczeństw
przez ducha czystości!
Hop, dziś!

Na to znowu śmiech i brawa. Poniektórzy zaczęli krzyczeć na Smygę, żeby Piegowi się odciął. Ale ten nic nie rzekł, jeno cichaczem Piega zaszedł i niespodziewanie wypalił go głowicą atomową, co ją miał schowaną za pazuchą. Pieg zatoczył się i zaczął promieniować, ale zdążył jeszcze guzik u surduta nacisnąć i z wyrzutni, co ją miał ukrytą w prawej nogawce, rakietę średniego zasięgu prosto w czoło tamtemu puścił. Byłby niewątpliwie Smygę wykończył, gdyby nie to, że mu ostatni człon rakiety nie odpalił i przez to nastąpiła dewiacja z kursu. Cofnął się Smyga, zakołysał i oparł o barierę cieplną, ale ta pękła i Smyga poleciał w głąb temperatury, przy stale wzrastającym jej współczynniku.
– Ludzie, co robita?! – zawołał ojciec panny młodej, wskazując na staroświecki ścienny licznik Geigera.
Ale już gwałt się podniósł i rwetes, i na środku izby zaczęły szybko wyrastać ogromne niebieskie paprocie – zwyczajna rzecz przy wzmożonej radioaktywności w zamkniętym pomieszczeniu. Już i inne rakiety latać zaczęły, jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie rżnął nożem. Wtem gwizd ostry się rozległ. To gospodarz, widząc, że inaczej gości nie uspokoi, skoczył do domowego rezerwuaru, odkręcił kurek i gazy bojowe na izbę puszczając, rozpoczął zakażanie. Rzucili się wszyscy do kombinezonów, ale mój okazał się nieszczelny, ponadto śpiący już trochę byłem, więc postanowiłem zaniechać zabawy i pomału do domu się zbierać
Noc była jasna, bo od zagrody, gdzie odbywało się wesele – takie promieniowanie biło, że bez trudu drogę znajdywałem. Szło się rześko, bo deszczyk radioaktywny też  skropił raz i drugi. Trochę mi tylko to przeszkadzało, że czułem ssanie w organizmie, no, ale po zabawie – to rzecz zwyczajna – no i to, że zaczęły mi wyrastać dodatkowe nóżki, po trzy pary z każdej strony, zielony róg na czole, a na grzbiecie chitynowy pancerzyk. Jakoś jednak dobrnąłem do chałupy, przelazłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy sobie zaciszne miejsce na listwie za szafą, z dala od pająków – zasnąłem
spokojnie, rozpamiętując, jak to było na tym hucznym weselisku.