"Cygan nieznany"

Młoda Polska, taka, jak ją dziś widzi wielu, przypomina po trosze stracha na wróble. W nie­chlujnej pelerynie, w rozłożystym czarnym kapeluszu, w powiewnym krawacie, z długimi włosami i źle ogoloną brodą, istotnie może kogoś przestraszyć. Czasem ten strach na wróble przekrzywia trochę główkę na bakier, jakby zawiany...

Peleryna wydaje się mundurem Młodej Polski, jak fałdzisty płaszcz był mundurem Roman­tyzmu. Lecz tak samo jak romantyczny płaszcz nie był właściwością wyłącznie polską, ale był wspólny ówczesnej poetyckiej Europie, tak samo styl "młodopolski". Kiedy mi się zdarzy czytać opis biesiady młodych "dekadentów" paryskich w powieści Gide'a albo wspomnienia z Młodych Niemiec w pamiętnikach Przybyszewskiego, albo, dajmy na to, skandynawską Nowiznę Hamsuna, mam wrażenie, że jestem w Krakowie z końca ubiegłego wieku, poznaję ten sam fason. Tak samo dysputują, hałasują, piją, gardzą "mieszczuchem", wyolbrzymiają swoje sercowe dramaty i często za marny gest płacą życiem.

 

Ale ten styl nie jest może również całkowitą własnością epoki. Dużo jest w nim starej, wciąż odradzającej się "cyganerii". [...] Cyganeria artystyczna rodzi się z demokracją, rozdrobnieniem mieszczańskich społeczeństw. Dawniej artysta pracował pod opieką możnego protektora lub był sam z siebie niezawisły materialnie, w każdym razie nie żył z pióra. Dziś w wielu krajach rolę protektora obejmuje państwo; ale przez cały wiek XIX wyłącznym odbiorcą sztuki była bezimienna publiczność. Kto nie zdobył jej łaski, mógł umrzeć z głodu, nieznany nikomu, choćby miał zapał i talent. Stąd element tragicznej loterii w życiu artysty; stąd jego pogarda dla opinii - często nie­sprawiedliwej i tępej; stąd ekscentryczne formy życia tego "króla bez ziemi", jakim się czuje twórca, zgubiony w obojętnym mrowiu wielkiego miasta. Stąd i specjalny kostium, w którym lubowali się zwłaszcza nieuznani, czujący potrzebę takiej legitymacji. Zresztą płaszcz lub peleryna służyły często do tego, aby osłonić dziury w surducie, a długie włosy oszczędzały wydatku na fryzjera.

Cyganeria to się wynurza, to chowa się pod ziemię. Zwykle obecność jej schodzi się z przypływem poezji. Koniec XIX wieku był prawie we wszystkich krajach okresem wzmożonego tętna poezji.

W Polsce cyganeria, o ile się zdarzała, miała odrębny charakter. Nie mogło być u nas atmosfery czysto artystycznej. Po pierwsze, nie było potrzebnego skupienia ludzi. Rozdarty kraj nie mógł stworzyć duchowej stolicy. Wielu najświetniejszych twórców wyrwała z kraju przymusowa lub dobrowolna emigracja. Nie mówiąc o poezji romantycznej, całe prawie nasze malarstwo żyło za granicą.; w znacznej części i nasza muzyka, od Chopina do Paderewskiego. Wreszcie klęski, spadające raz po raz na kraj, ucisk cenzury, ciasnota stosunków, żałoba lub jej konwenans, bezpowietrzna wreszcie próżnia obojętności, wszystko to nie sprzyjało hodowli sztuki.

Otóż zdarzyło się, że taką atmosferę artystyczną stworzył zbieg okoliczności w Krakowie z ostat­nich lat ubiegłego stulecia. Różne rzeczy się na to złożyły.

Przede wszystkim warunki życia narodowego. Nigdy nie było równie długiego okresu, wolnego tragicznych wstrząśnień, jak w owym pokoleniu zrodzonym już po roku 1863. Autonomia Galicji, pełne prawa języka, swoboda wypowiadania się, wszystko to dawało fikcję zupełnej niemal wol­ności. Fikcję oczywiście, skoro o parę mil od Krakowa biegły granice rosyjskie i pruskie, wcinając się w żywe ciało Polski...

Ale zarazem ten niby wolny Kraków był maleńkim miastem, które pod ojcowskim rządem po­starzałych już stańczyków1 usypiało coraz głębiej. Młodość dławiła się, krzyczała o prawa do życia na wspak fałszywej powadze i skostniałej obrzędowości. Przez instynkt samozachowawczy młodzi coraz bacznej nadstawiali uszu na echa idące z Europy. A uprzejma Europa przychodzi niejako do tego cichego Krakowa sama; wciska się na wszystkie sposoby. Reorganizacja Szkoły Sztuk Pięknych sprowadza wraz z młodymi profesorami, a starymi "paryżanami", powietrze Francji. Mroczne pracownie, gdzie walały się bezużyteczne już po śmierci Matejki szyszaki, miecze i kol­czugi, zmieniają się, pod wpływem nowych prądów impresjonizmu w królestwo słońca, światła, koloru, pejzażu. Nowy dyrektor teatru, Tadeusz Pawlikowski2, szeroko otwiera scenę krakowską dla młodych, a zarazem otwiera ją dla najgłośniejszych nazwisk zagranicy; co tydzień dostarcza nowego wstrząsu i nowego tematu do niekończących się dyskusji. Wraca z Paryża po kilkuletnim pobycie Wyspiański; z Paryża wprost z Theatre Libre przyjeżdża Zapolska3. Przybyszewski, ze­lektryzowawszy swoimi pierwszymi utworami Młode Niemcy, przybywa z wędrówki przez Skandy­nawię, Paryż i Hiszpanię, aby osiąść w Krakowie. W ciągu paru lat fizjognomia duchowa Krakowa zmienia się do niepoznaki.

I odmładza się zarazem. W przeciwieństwie do obrosłych mchem dawnych przodowników Kra­kowa, ci, którzy teraz przychodzą w nim do głosu, to są - mimo iż dojrzali twórcy - ludzie młodzi, podwójnie zaś młodzi przez entuzjazm, jaki wznieca we wszystkich to nieoczekiwane spotkanie się tylu bujnych talentów i ciekawych indywidualności.

Indywidualizm oto hasło! ten indywidualizm, który mimo ich rozpaczliwego pesymizmu uderzył taką świeżością w pierwszych poezjach Kazimierza Tetmajera, jednego z najbardziej duszących się w dawnym Krakowie. Być sobą – wyżyć, wyśpiewać swoją ludzką dolę, cierpieć prywatnie, niekoniecznie „za miliony”! Indywidualizm bucha z programowych manifestów Przybyszewskiego w objętym przez niego wówczas tygodniku „Życie”. I bałwochwalcza adoracja sztuki, sztuki ponad wszystko, jedynej prawdy, jedynego zbawienia. niepodobna dziś czytać bez uśmiechu owych manifestów, skupiających swoją nienawiść do „mieszczucha” – jako nie-artysty – na jakimś mitycznym „mydlarzu”, i to w epoce, gdy nie można powiedzieć, aby Polska konsumowała za wiele mydła, nawet Młoda Polska… Ale tym bardziej uśmiech muszą budzić oburzenia, jakie wywołała osławiona „naga dusza”, która zaniepokoiła nawet krakowskiego prokuratora. Ileż było próżnego krzyku, zgorszenia! Tymczasem „naga dusza” Przybyszewskiego określała po prostu człowieka w obliczu wiekuistych zagadnień bytu, a nie pod kątem przemijających układów społecznych. Ale cóż! te „przemijające układy społeczne” to byłą Polska, to była niewola… Tego nawet najwspanialsza sztuka nie mogła na długo przesłonić.

Rzecz osobliwa, że nigdy się tak bardzo nie żyło kupą, jak w owej dobie indywidualizmu, Młody teatr, młode malarstwo, młoda literatura i cała masa łazików, grzejących się zawsze przy ogniu obozowisk artystycznych, wszystko to stworzyło jedną wielką gromadę. I ta sama gromada, która gdzieś w wielkiej stolicy gnieździłaby się na uboczu, nie wpływając na bieg życia, tu, w małym i cichym Krakowie, wystarczyła, aby przeobrazić charakter miasta, aby je wypełnić sobą.

Co najmniej zaś wypełniła kawiarnie. Kawiarnie krakowskie inne były od dzisiejszych. Zalud­niali je prawie wyłącznie mężczyźni obok nielicznych jeszcze "emancypantek" albo studentek, którym dopiero co otworzono wydział lekarski uniwersytetu krakowskiego. Widziało się w tych kawiarniach samotnych pożeraczy zagranicznych gazet; to znów stoliki, gęsto obsadzone głowami, gdzie za­gadywano się do upadłego, rozprawiając, dyskutując, kłócąc się, gdzie bzykały bezładnie takie nazwiska, jak Ibsen, Björnson, Wilde, Maeterlinck, Rimbaud, Strindberg, Stirner, Nietzsche, Rops, Boecklin, Poe, Hamsun, Hansson, Dostojewski, d'Annunzio, Flaubert, France, Huysmans1, i bezlik innych.

Niech nikogo nie dziwi ten potop cudzoziemszczyzny. To nie był snobizm. Młodzi w owej epoce byi straszliwie ciekawi świata: swiata myśli. Przy tym nie znano wówczas sportu. Dysputa zastępowałą po trosze futbol i boks. Odbijano nazwiska, teorie, argumenty, jak dziś odbija się piłki, czasem głową, czasem nogą.

Kawiarnie miały rozmaite stopnie. Jedne sale otwarte były dla wszystkich, inne tylko dla wy­branych, jak ów słynny "Paon". Tam było pianino, były przybory malarskie, tam Przybyszewski genialnie fuszerował Szopena, a Wyspiański, zawsze poważny, zamyślony, zwykł był przypinać papier do blejtramu1 i kreślić swoje uduchowione portrety.

Ale nadmiar życia nie dał się zamknąć w ciasnej sali, przelewał się na ulice. I dopiero od czasu, jak wdarła się do niego sztuka, pokazało się, że ten mały, smutny Kraków jest cudownym miastem, że trudno by wymarzyć piękniejszą ramę dla tych nocnych biesiad i wędrówek. Młodzi cyganie nie umieli się rozstać z sobą o żadnej godzinie, koczowali po kawiarniach, snuli się, mówiąc wiersze, nocami po starych zaułkach i ulicach, tłukli się do bram Wawelu, zmieniali, dzięki uprzejmości gospodarza, w swoje obozowisko skład fortepianów w Krzysztoforach, gdzie długie rzędy czar­nych zwierzów szczerzyły w nocy fantastycznie swoje białe uzębienie... "Świt już, świt... już gasną latarnie... Ta noc czy mi ujdzie bezkarnie, czy nie sięgnie za zapłatę po życie..." - pisał młodziutki wówczas i wątły Perzyński. Czasem rewolucjonizowano mieszkania szanownych obywateli kra­kowskich, czasem zapraszano przez okno obcych ludzi z ulicy. Czasem zdarzało się, że jeden z wędrowców, obejmując rękami gruby kasztan na plantach, wołał drugiego na pomoc naiwnymi słowami "Potrzymaj drzewko, bo się chwieje..." Z nastaniem nocy Kraków zmieniał się w miasto z nieprawdziwego zdarzenia. Kraków odrabiał cyganerię za cały wiek i za całą Polskę.

Ten okres nie trwał długo. Premiera Wesela była jakby jego zakończeniem, otrzeźwieniem. Kraków wchodził pod znak Wyspiańskiego, a z nim sztuka wracała - ale jakże odnowiona ­w służbę zagadnień narodowych. Poeta z Wesela zajrzał w oczy widmu; "Nos" swoim bełkotem ośmieszył alkoholiczne ekstazy. Pianie kura i melodia Chochoła spłoszyły cyganerię krakowską. Przycupnęła gdzieś.

Ale o ile Wesele było przeciwstawieniem się atmosferze Krakowa, było ono zarazem tej at­mosfery wynikiem. Bez niej byłoby nie do pomyślenia, bo gdzie nie ma nic, tam nie można się przeciwstawić niczemu. I to jest znamienne dla burzy, jaką wszędzie – kędy przeszedł, wzniecał Przybyszewski, że podnosił dokoła siebie temperaturę życia, wzmagał tętno twórczości, tak przez współdźwięki, jak przez sprzeciwy, które budził. Na jego głos odzywa się Kasprowicz chorałem swoich Hymnów; podrażniony hałasami „przybyszewszczyków” i złośliwościami Wesela, Kazimierz Tetmajer cofa się w swoje ukochane Tatry, dojrzewa w nim Skalne Podhale. Spotkania się indywidualności twórczych są nie tylko liczebnym zsumowaniem się, są najczęściej ich pomnożeniem się przez siebie. Klimat artyzmu, jakim oddychał przez kilka lat Kraków, wydał wspaniałe owoce. […]

Tymczasem wiatr niósł nasiona nowej sztuki na cały kraj. […] teatr Pawlikowskiego przeniósł się do Lwowa i tworzył nowych „dekadentów”; peleryny – w ich liczbie młodziutki Staff – skupiły się dokoła Kasprowicza. W Warszawie „naga dusza” odrodziła się w „Chimerze”, wydawanej przez Miriama, później pierwszego ministra sztuki w odrodzonej Polsce; ale chłodniejszy estetyzm „Chimery” nie miała już namiętnego akcentu krakowskich manifestów. W „Chimerze” robi Berent porachunek z najbliższą mu współczesnością, drukując powieść pod wymownym tytułem Próchno… A niebawem przyszedł rok 1905 i tez przypomniał, że daremnie próbowałaby sztuka zamykać oczy na rzeczywistość. Zapanował Żeromski, okrutny budziciel sumień. Potem przyszła wielka wojna, znacząc olbrzymie przemiany w życiu całego świata, a naszym w szczególności. Polska zjednoczona, wolna i naprawdę młoda, mająca przed sobą ileż realnych zagadnień, znalazła się bardzo daleko od dawnych nastrojów. Sposób odczuwania, styl życia, zmieniły się zupełnie. I o ile wszystko, co było w Młodej Polsce twórcze - to znaczy bardzo wiele - weszło w krew dzisiejszej Polski, o tyle młodopolska peleryna stała się po trosze strachem na wróble. Może nie­sprawiedliwie? Proponuję, aby ją zawiesić w Muzeum Narodowym - za gablotką. Symbolicznie. "Cygan nieznany."

 

 

Baudelaire, poeta krakowski

Czytałem świeżo nowe studium o Baudelairze, kończące się słowami: "Jeden z największych poetów wszystkich wieków..." Przesada? Zapewne. Ale czytajcie, co o nim piszą dziś krytycy, artyści; z jakim wzruszeniem mówi o nim taki Paul Valery; ba, jak się ten Baudelaire rozpiera coraz szerzej w podręcznikach!  Ojciec nowej poezji francuskiej, klasyk... Szczególne mam uczucie, kiedy czytam to wszystko; tak jak gdybym słuchał o kimś, kogo znałem młodym człowiekiem z prowincji, a który potem zrobił wielką karierę na szerokim świecie. No, no, taki sobie dekadent krakowski!

Bo dla mnie w podświadomym irracjonalizmie pamięci Baudelaire pozostał  p o e t ą  k ra k o w ­s k i m. Jak Wyspiański widział Hamleta w krużgankach wawelskich1, tak Baudelaire w dżdżystą, jesienną noc snuje mi się po śródmieściu Krakowa, może Rynkiem, może gdzieś ulicą św. Marka...

Poznałem go bardzo wcześnie. Wcześnie... jak na mój wiek, nie jego, bo do Krakowa doszedł o gdzieś około r. 1890. Długa droga dla poety, który umarł w r. 1867, a którego jedyny tom wierszy dzie­sięć lat wprzódy - w r. 1857 - dostąpił glorii procesu i konfiskaty, do dziś dnia, co najzabawniejsze, niezdjętej. Ale wówczas, pod koniec XIX w., Baudelaire wszędzie niemal był tylko "kapliczką".

Kiedym go poznał, miałem lat kilkanaście. Znalazłem go na biurku młodego poety Kazimierza Tetmajera, którego byłem wówczas giermkiem. Uderzył mnie tytuł Les Fleurs du mal, tajemniczo odpowiadający memu ówczesnemu stanowi ducha. Przykuł mnie portret, ta twarz gładko wygolona (u nas wtedy wszyscy nosili sumiaste wąsy), z sardonicznym uśmiechem na cienkich wargach, niby jakiś zbuntowany ksiądz, w swoim surducie wpółduchownego kroju. [...]

Byłem oczarowany. [...] Znajomość była zawarta. Sztama. Na kilka lat Baudelaire stał mi się nieodłącznym, stał mi się wcieleniem poezji.

W ślad za tomikiem Baudelaire'a przyszła do Krakowa jego legenda. Że sobie farbował włosy na zielono, że drapał nowe ubranie szkłem, aby nie wyglądało na nowe, że zażywał haszysz, że miał kochankę Murzynkę, że umarł na paraliż... Słowem - dekadent.

Dekadent! Nigdzie ten modny termin nie miał tak pełnego oddźwięku, jak w ówczesnym Kra­kowie. Dola mojego pokolenia była straszna. Czym żyć? gdzie znaleźć powszedni chleb romantyzmu? Patos cierpień narodowych, podgryzany przez „Szkołę krakowską”, zanudzony na śmierć – w osobie poezji  - przez szkołę tout court ,był już dla młodych próchnem, nowych bogów jeszcze nie było. Warszawska młodzież nie znała zapewne tej pustki: postęp, pozytywizm, konspiracja, praca społeczna, samokształcenie z całym urokiem zakazanego owocu, Marks czytany potajemnie jak romans, ciągłe ryzyko, ciągły dramat w powietrzu, coś na kształt wielkiego miasta wreszcie   wszystko to  syciło głód duszy. Ale Kraków!  Maleńka ówczesna mieścina, z której nie wiodła droga nigdzie, gdzie życie było dość spętane, aby przywieść do rozpaczy, a nie dość, aby zgęścić pasję buntu... D e k a d e n t y z m: podnieść własną beznadziejność do wyżyn idei, stworzyć z niej zakon to jedyne, co pozostawało. Nikt nie wyobrazi sobie, ile zimnej desperacji, ile nienawiści do siebie i pogardy dla ludzi, ile    gryzącej autoironii, zakisłych, głupkowatych marzeń, bezradności dziecinnej, ile smutku zbierało się w młodych duszach w tym maleńkim światku odgrodzonym od świata wysokimi murami. I dla niejednego przyjacielem, powiernikiem, przewodnikiem stał się wówczas - Baudelaire.

Bo, rzecz szczególna: ten paryżanin, urodzony w Paryżu i który prawie nie opuszczał stolicy świata, dość wiernie mógł wyrażać stan duszy krakowskiego wyrostka. Przede wszystkim ubóstwo zewnętrznych przeżyć; wszystko na wewnątrz. Baudelaire to jest wyciśnięcie maksimum poezji z minimum zdarzeń. I co on bierze z Paryża! Paryż Baudelaire'a to nie ów Paryż, który na nieznane onieśmielał i drażnił ogromem i blaskiem; to było coś, co od biedy można sobie było odtworzyć w Krakowie. Ulica ciemna i lepka - pod tym względem Paryż baudelairowski dość musiał być podobny do Krakowa z owych lat. Szynk, pijak w rynsztoku, tania prostytucja, zdechły pies gni­jący na środku ulicy, starowinka kryjąca swą drżącą ruinę pod czarną mantylką, cmentarz, koty, organy i woń kadzidła, alkohol, księżyc, noc i marzenie, marzenie... Oto motywy Baudelaire'a, to jego pejzaże paryskie; wszystko do nabycia i u nas... Trupia cera baudelairowskiej muzy jakże harmonizowała z ówczesnym podwawelskim klimatem. Z Fleurs du mal można było sobie ułożyć kalendarzyk przeżyć, a raczej ich braku; brewiarz pustki i - pełni zarazem. Wszystko zmieniało się przez niego w poezję, wszystko stawało się przeduchowione, nawet straszliwe błoto krakowskie. [...]

Jeszcze bliższy byłby nam Baudelaire, gdybyśmy mogli wówczas znać poufniejszą biografię poety, jego wieczną małoletniość, mizerne niedobory pieniężne, zależność od rodziny, uprzykrzoną kuratelę, dziecinny stosunek do matki, dąsy na ojczyma. Ale wtedy jeszcze Baudelaire nie miał biografii, miał tylko legendę. Zresztą sama jego poezja wystarczała. To przeczarowanie nędznej ciasnoty życia było niby parą skrzydeł, które można było sobie przypiąć i szybować nimi, jak na nartach, po krakowskich ulicach; oczywiście raczej w nocy niż w dzień. Widziana przez te szkiełka rzeczywistość stawała się na wskroś baudelairowska: brzydota puszyła się wyrafinowaniem piękna, nuda udawała, że jest interesująca. [...] Dzięki niemu Kraków w najokropniejszej dobie swego istnienia oglądał może o parę samobójstw mniej: rozpacz rozchodziła się po kościach... poezji. [...]

Tyle wspomnień, tak krakowskich, tak swojskich! I dlatego mimo jego fantastycznej kariery trud­no mi myśleć o Baudelairze jak o cudzoziemskim luminarzu. [...] zawsze go będę widział na tle Krakowa, jak w dżdżystą jesienną noc, z gołą głową, snuje się po krętych, błotnistych ulicach, świecąc w mroku swymi fosforyzującymi, jak u kota, oczami...

O bardzo niegrzecznej literaturze

Pełna gracji, zacna, słodka, 
Żyła sobie stara ciotka. 
Bez zbytków, lecz i bez braku 
Miała swój domek na Szlaku. 
Oprócz cnót rozlicznych wieńca 
Hodowała też siostrzeńca. 
Brzydki chłopiec, z krzywą buzią, 
Zwał się - dajmy na to - Józio. 
Ciotka była panną czystą, 
A Józio był modernistą. 
(Modernista - znaczy chłopak, 
Co wszystko robi na opak; 
Każdego się głupstwa czepi, 
A zawsze chce wiedzieć lepiej.) 
Z tym smarkaczem ciotka stara 
Miała strapień co niemiara. 
Zawsze jej czymś umiał dopiec, 
Taki już był brzydki chłopiec. 
Próżno ciotka mu wymienia 
Albo Lucka, albo Henia, 
Co ich przykład wszystkim świeci, 
Jako grzecznych, dobrych dzieci; 
On rozeprze się wygodnie, 
Obie ręce włoży w spodnie, 
Śmieje się i kiwa głową, 
Jakby mówił: "Gadaj zdrowo!" 

II 

To rzecz nie do uwierzenia, 
Co on ma za przywidzenia! 
Czasem coś bez sensu maże 
I mówi, że to w i t r a ż e. 
To znów wieczór biega nago 
I rozbija wszystkich lagą. 
Ciotka krzyczy: "Joseph! arrete!" 
A on: "Ciociu, to kabaret!" 
Wszystkie meble w domu psuje: 
Mówi, że sztukę s t o s u j e. 
Wszędzie wlezie, wszędzie dotrze, 
Deprawuje dzieci młodsze. 
To rzecz w Polsce niesłychana: 
Nie chcą wierzyć już w bociana! 
Kiedyś wpada mała Hanka: 
"Ciociu, jestem r o t o m a n k a" - 
"Któż cię tak nauczył?!" - "Józio" - 
Mówi z rozpaloną buzią. 
"A ja - sepleni Ludwiczka - 
Jestem święta pla-samiczka". 
Chociaż zwykle dobra, słodka, 
Zawyła ze zgrozy ciotka: 
Raziła ją na kształt gromu 
Taka hańba w polskim domu! 

III 

Czasem dobra ciotka woła: 
"Usiądźcie, dzieci, dokoła, 
Powiem wam o dawnych dziejach, 
O hetmanach, kaznodziejach, 
Potem każde z was wymieni, 
Którego najwyżej ceni". 
A Józio ze śmiechu kona 
I krzyczy: "Ciociu! Kambrona!" 

IV 

Czasem, a najwięcej w poście, 
Przychodzą do ciotki goście. 
"Józiu, przywitaj się z panem! 
Co ty tam za parawanem?! 
Wyłaź stamtąd, puść Haneczkę 
I powiedz gościom bajeczkę". 
Wylazł Józio, głową kiwa 
I w te słowa się odzywa: 
"Bajeczka pana Jachowicza. 
Staś na sukni zrobił plamę, 
Oblał bowiem ponczem mamę; 
A widząc ją w srogim gniewie, 
Jak przepraszać, sam już nie wie. 
'Plama głupstwo - mama doda - 
Ale ponczu, ponczu szkoda!'" 
Skończył Józio, gość się śmieje, 
A ciotkę wnet krew zaleje: 
Biedaczka dostała mdłości 
I ze wstydu, i ze złości. 
Tak ten niegodziwy chłopiec 
Zawsze ciotce umiał dopiec. 



Tak się trapi dobra ciotka, 
Pełna gracji, zacna, słodka, 
Lecz największą ma subiekcję, 
Gdy rozpocznie z Józiem lekcję. 
Dojdżże ładu z taką głową: 
Zawsze ma ostatnie słowo! 
Ciotka prawi o Trzech psalmach, 
Józio o "tańczących palmach"; 
Ciotka mu o apostołach, 
On jej o spermatozoach; 
Ciotka uczy, kto był G a l l u s, 
On poprawia: "Ciociu, Phallus!" 
Ciotka znów z innego wątku 
Baje o świata początku, 
Józio się ząb za ząb kłóci, 
Że świat cały powstał z CHUCI. 
(Mruknie ciotka w pasji szewskiej: 
"Wciąż ten łajdak Przybyszewski!"). 
Ciotka znów o ideałach - Józio: 
"Ciociu, co to wałach?" 
Taką ciotka ma subiekcję, 
Gdy rozpocznie z Józiem lekcję. 

VI 

Kiedy wieczór już zapada, 
Ciotka do snu się układa: 
"Józiu! Zostaw ten rozporek 
I chodź odmówić paciorek. 
Niech Józio przy łóżku klęknie 
I powtarza głośno, pięknie: 
"Boziu, usłysz głos chłopczyny, 
Odpuść s y n ó w naszych winy! 
Polska cię na pomoc woła! 
Niech tradycji i Kościoła 
Pozostanie sługą wierną! 
Erotyzmem ni m o d e r n ą 
Niech się naród ten nie spodli!" 
Teraz Józio się pomodli 
Za mamusię, za tatusia, Potem grzecznie się wysiusia 
I spokojnie, cicho zaśnie". 
Brzydki chłopak mruknął: "Właśnie!" 

Pisane w r. 1907

Dusza poety


Scena estradowa
Sala przyćmiona. Scenka oświetlona seledynowym światłem. Na kanapie leży poeta i chrapie, odczasu do czasu mu się odbija. Na podłodze stoi miednica. Akompaniament gra bardzo delikatnie ustęp z "Karnawału" Schumanna pt. "Chopin". Z ciała poety wychodzi jego dusza w kształcie powabnej postaci niewieściej, odzianej w powłóczyste gazy, i tak żali się przed publicznością:

 
Usnął. Usypia. Jeszcze chwila jedna,
A już polecę, na krótko, niestety!
Ulecę W przestrzeń, ja, skazanka biedna,
                                            Dusza poety...
 
Ha! Jakaż dola! Potęgą nieznaną
Na wiek wtrącona w to leniwe cielsko,
Więzić w nim muszę mą niepokalaną
                                            Glorię anielską...
 
Jedno wytchnienie to, gdy sen go zmorzy
Lub gdy z opilstwa legnie jak trup blady,
A mnie porywa wówczas wicher boży
                                             Hen, w gwiazd miady...
 
Kto nas sprzągł razem? Po co? W jakim celu?
Za czyje winy? Na pokutę czyją?
Każąc śnić życie jednemu wśród wielu,
                                             Co tylko żyją?...
 
Po co i na co tłuc mi się daremnie
W tej biednej piersi, ach, nazbyt człowieczej,
Tchnąc w nią niepokój tej, co mieszka we mnie,
                                              Ogromnej rzeczy?...
 
Za co mi cierpieć, jak w godzinie męki,
Którą śmie nazwać godziną tworzenia?
Plami dotknięciem swej kosmatej ręki
                                             Mój świat marzenia...
 
Za co mi patrzeć, jak pomiędzy gminem
W mój blask się stroi, mą boskością puszy,
Jak się bezecnym staje kabotynem
                                            Swej własnej duszy?...
 
A znowu, kiedy nań się wzajem patrzę,
Jak go szaleństwo mych skrzydeł urzekło,
By go przez wzruszeń sensacje najrzadsze
                                            Gnać w zwątpień piekło;
 
Gdy widzę, jaką kaźńię wprzęga srogą,
Aby się czepić by za kraj mej szaty,
Żal mi nędzarza, co płaci tak drogo
                                             Bilet w zaświaty...
 
Jam winna temu, że w odmęcie grzechu
Melodii szuka dla swej biednej pieśni,
Klnąc los swój, iż mej harmonii oddechu
                                            Nie ucieleśni...
 
(Poeta wydaje dźwięk przeciągły a podejrzany).
 
Jam winna temu, że to, co zamarło
W człowieczej piersi z odwiecznych zrozumień,
Próbuje wskrzesić lejąc w spiekłe gardło
                                             Żytniówki strumień...
 
(Poecie haniebnie się odbija).
 
Ja go w sromotne Pędzę lupanary,
Rwąc się ku piękna wiecznego świątyni,
I patrzeć muszę, na domiar mej kary,
                                             Co on tam czyni...
 
(Poeta oblizuje się przez sen).
 
I jedno tylko pragnienie tajemne,
I jedno tylko przyświeca mi hasło:
Rozżarzać tchem mym to płomię nikczemne,
                                               By rychlej zgasło...
 
I czekam, marzeń nić snując leciuchną,
I pytam z drżeniem co chwilę, azaliż
Nie przyjdzie moment wreszcie, że to próchno
                                               Zmiecie paraliż?..
 
Wówczas skrzydłami zatrzepocę i nad
Ziemskie padoły zapieję radością,
Że już się skończył śmieszny konkubinat
                                              Prochu z wiecznością!...
 
Poeta chrapie przeciqgle i przewraca się na drugi bok, wypinając się ku publiczności gestem mimo woli i niewinnie prowokacyjnym.

Spleen


Smutek w sercu moim mieszka
I tak gryzie mnie jak weszka.
Gryzie duszę moją biedną,
O co? To już wszystko jedno.
Przyczyn jest ogromnie wiele
Na duszy jak i na ciele.
Coraz rzadziej mi się zdarzy,
Bym uśmiechnął się na twarzy,
Ciągle myślę aż do skutku
O moim dotkliwym smutku.
O, jak mnie to czasem nudzi
Patrzeć na cierpienia ludzi.
Czasem się nieszczęście stało,
Że dzieciątko robi biało.
Ja się na to krzywię troszki
I daję skuteczne proszki,
Po których mówię, że ono
Będzie robiło zielono.
Jeszcze bardziej bez nadziei
Pędzę życie przy kolei.
Z tą koleją bywa różnie:
Czasem komuś członki urznie,
To znów dadzą znać o zmierzchu,
Że ktoś flaki ma na wierzchu,
Wielka bywa rozmaitość
Rzeczy, które budzą litość.
Ja się znowu troszkę krzywię,
Jadę na lokomotywie,
To znów, naśladując giemzę,
Skaczę sobie w lot na bremzę,
Myślę często tylko przy tem,
Żeby już być emerytem.
Innych zmartwień też jest sporo:
Lewą nogę rok mam chorą,
Choć czyniłem to i owo,
Żeby ona była zdrową.
Ale najcięższa choroba
Jest dla mnie. . . . .
. . . . .*