Zbytki polskie

O czymże Polska myśli i we dnie, i w nocy? 
Żeby sześć zaprzęgano koni do karocy;
Żeby srebrem pachołków od głowy do stopy,
Sługi odziać koralem, burkatelą stropy;
Żeby na paniej perły albo dyjamenty,
A po służbach złociste świeciły się sprzęty;
Żeby pyszne aksamit puszyły sobole;
Żeby im grały trąby, skrzypce i wijole;
Żeby po stołach w cukrze piramidy stały 
I winem z suchych groznów wspienione kryształy. 
Już ci niewiasty złotem trzewiki, niestety,
Mężowie nim wszeteczne wyszywają boty, 
Już perły, już kanaki noszą przy kontuszach;
Poczekawszy, będą je nosili na uszach. 
Żeby w drodze karety, w domu drzwi barwiani
Strzegli z zapalonymi lontami dragani - 
O tym szlachta, panowie, o tym myślą księża,
Choć się co rok w granicach swych ojczyzna zwęża,
Choć na borg umierają żołnierze niepłatni, 
Choć na oczy widzą jej peryjod ostatni,
Że te wszytkie ich pompy, wszytkie ich splendece
Pogasną jako w wodzie utopione świece.
Przynajmniej, kiedy się tak w świeckie rzeczy wdadzą,
Porzuciwszy niebieskie, niechaj o nich radzą, 
Żeby dzieciom zostały, żeby w nich spokojnie
Dożyli, niechaj myślą z pogany o wojnie, 
Kiedy nie chcą wojować z światem i z zuchwalem,
Choć w Panu oczywisty mają przykład, ciałem.

Nierządem Polska stoi

 Nierządem, powiedział ktoś dawno, Polska stoi;
 Gdyby dziś pojźrał z grobu po ojczyźnie swojej,
 Zawołałby co garła: Wracam znowu, skądem,
 Żebym tak srogim z Polską nie ginął nierządem!
 Co rok to nowe prawa i konstytucyje,
 Ale właśnie w tej wadze jako minucyje:
 Póty leżą na stole, póty nam się zdadzą,
 Póki astrologowie inszych nie wydadzą,
 Dalej w kąt albo małym dzieciom dla zabawy —
 Założyłby naszymi Sukiennice prawy.
 Nikt nie słucha, żaden się nie ogląda na nie,
 Szlachta tylko uboga i biedni ziemianie,
 Którzy się na dziesiątej opierają części,
 I to ledwie, tak inszy stan Polskę zagęści.
 Mądry, możny albo kto dostąpił honoru,
 Księstwa, grabstwa — ten wolen; niechajże poboru
 Szlachcic który nie odda — zaraz mu po szląsku
 Pozwy, egzekucyje ślą na onym kąsku,
 Że niejeden, niestetyż, z serdecznym dziś płaczem
 Z dziatkami cudze kąty pociera tułaczem.

 

Człowiek igrzysko Boże

Cóż jest świat? Szachownica. Właśnie mu to służy.
A ludzie co są? Szachy rozmaitej struży.
Tu żywot białe pole, czarne śmierć zaswoi.
Skoro hufce ze strony postawią obojej,
Dwaj doświadczeni gracze usiędą za stołem;
O, jakie bezpieczeństwo: pokusa z aniołem.
Białym anioł, czarnym czart, i słusznie, hetmani,
Nieproszona fortuna przyświeca i na niej
Siła należy, ona nadzieją i strachem
Miesza graczów, u niej met często w ręku z szachem.
Prostą drogą stateczne zwykły chodzić rochy;
Raz w prawo, drugi w lewo skacze rycerz płochy;
Księża na krzyż; latają wszędzie wściekłe baby;
Król tylko o jeden krok dokoła, chybaby,
Co się więc trafia, że mu kto z bliska w nos dmuchnie,
Uchyliwszy powagi, przeskoczy do kuchnie:
Znośniejszy dym niżli strach. Mieszają się pieszy,
Ale cóż, dalej kroku żaden nie pospieszy.
W tej ci i świat, i ludzie położeni mierze,
Stąd śmierć i żywot wiecznie oboje swych bierze.
Prosto idą prostacy, nic to, choć leniwo;
Rzadki żołnierz do nieba trafi, skacząc krzywo.
Niech jak najświątobliwiej krzyżem władną księża.
Pamiętajcie niewiasty na rajskiego węża:
O was się naprzód kusił. Statek w ludziach kocham,
Który należy, jako wspomniało się, rochom.
Bóg z nieba spektatorem oraz tej gry sędzią,
Własne sumnienie świadkiem; kto upadnie piędzią
Z niechcenia, ratować go święty anioł zdole,
Ale kto się na czarne gwałtem ciągnie pole,
Kto śmierci w garło lezie, nie chce powstać z grzechu,
Wiecznie ginie, diabłu się dostawszy do miechu.
Ma anioł, ma i diaboł osobliwą puszkę,
Do której chowa wziętą z swego pola duszkę,
Więc tu każdy żołnierską niech obiera sobie,
Żeby z białego pola położył się w grobie.
Z czarnego się umykać, ba, co tchu, co pary
Uciekać radzę, kiedy wieczne rodzi mary.

Człowiek

Co jest głowa? Gęstego pełen garniec błota.
      Co nos? Odchód plugastwa, że mówić sromota.
Oczy? Bańki łez, które rzewnym płaczem cedzą,
      Ledwie się o frasunku od serca dowiedzą.
Cóż uszy? Dziury na wiatr. Gęba? Do wychodu. 
     Brzuch? Beczka pełna gnoju i zgniłego smrodu.
Z czegóż się tedy, z czego, głupi, pysznisz, człecze?
     I stąd cię śmierć do grobu leda w dzień wywlecze,
gdzie dognijesz ostatka. Ani z tobą dary 
     i tytuły fortuny nie pójdą na mary.
Inszy się rozpościerać w tym będzie po tobie,
     a ty, jakoś był ziemią, ziemią będziesz w grobie.